Page 96 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 96
ZEMSTA EDZI 95
niż wytatuowane na mojej duszy kainowe piętno. Ale to, co się działo w mojej
duszy, miało tę zaletę, że nie było widoczne. Nosiłam już na sobie nową skórę.
Mogłam już przyjąć nową tożsamość i za jej pomocą ukryć to, co pasowało
mi ukrywać.
Ze względu na samotność i strach przed pozostaniem samą próbowałam
zbliżyć się do tutejszych Żydów. Nie miałam z nimi jednak wspólnego języka.
Prawie nic nie wiedzieli o Zagładzie. Co wiedzieli, tego nie rozumieli. Ciągnęło
mnie do moich własnych ludzi, właśnie do tych, od których chciałam uciec, gdzie
pieprz rośnie. I tak znalazłam sobie przyjaciół, którzy przybyli stamtąd. Było
wśród nich paru, co do których podejrzewałam, że to dawni kapo, ale większość
przeżyła wojnę po aryjskiej stronie, w Polsce, a po wojnie wyjechali do Niemiec,
zrobili tam dobre interesy, zarobili na wszelkiej maści szemranych transakcjach,
handlowali trefnym towarem. Prowadzili szalone życie, ograbiając Niemców
z kosztowności, z których to Niemcy obrabowali Żydów. Jeden z nich miał nawet
kolekcję oryginalnych malowideł: Picassa, Chagalla, Renoira. Doskonale znał
finansową wartość tych obrazów, ale nie miał zielonego pojęcia o ich artystycz-
nym bogactwie. Kiedy siły okupacyjne zaczęły zaprowadzać względny porządek
w chaosie zrujnowanych Niemiec, moi mili przyjaciele nie mieli tam już nic do
roboty i przyjechali tutaj. Szybko zdałam sobie sprawę, że to, co łączy mnie z tymi
ludźmi, ma mniejsze znaczenie od tego, co mnie od nich dzieli. To byli wandale,
burżuje o przyziemnych apetytach. Tęskniłam do kultury. Potrzebowałam jej jak
mostu przerzuconego nad otchłanią, nad którą błądziłam w bezładzie; mostu,
który związałby mnie z domem i ze szczęśliwym dzieciństwem. Potrzebowałam
kultury jako oczyszczenia.
W tamtym czasie naprawdę zaczęłam cierpieć na bezsenność. Za dnia cho-
dziłam jak pijana. Znajdowałam się w dwóch światach naraz. Miałam przeróżne
zwidy. W twarzach mijanych na ulicy ludzi widziałam twarze więźniów z obozu.
Każdy fabryczny komin wydawał mi się kominem krematorium, a w każdym
przebiegającym obok psie rozpoznawałam któregoś z obozowych psów, które
lubowały się w woni surowego ludzkiego mięsa. Widok każdego policjanta,
strażaka, każdego człowieka w mundurze przywodził mi na myśl esesmana.
A jeśli któregoś razu wsiadłam do pociągu i usłyszałam gwizdek lokomotywy,

