Page 92 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 92

ZEMSTA EDZI                           91



             je teraz zaciśnięte w kamienne pięści, które spuszczałam na kościste, pochylone
             plecy – z przyjemnością, tak, ze swego rodzaju zmysłową rozkoszą, orgiastycznie.
                Nowo narodzony we mnie demon dał mi w tej oto niewoli poczucie wolności,
             poczucie, że jeden dzień życia to dzień wieczności, że kacet to wszechświat, i że
             stąd żadne drogi nie prowadzą już dalej. Mówiło się oczywiście i marzyło o praw-
             dziwej wolności. Nikt w nią jednak nie wierzył. Dym, który dzień i noc buchał
             z kominów, potwierdzał, że to koniec; odurzał strach, upajał mnie i sprawiał,
             że stawałam się niefrasobliwa i spontaniczna. Opadły ze mnie wszystkie pęta
             cywilizowanego, ludzkiego zachowania. Czułam się, jakbym chodziła obdarta ze
             skóry, w rozszalałym żywiole najprymitywniejszych instynktów. Zanikła granica
             między „tu” a „nigdzie”. Zanikła różnica między człowiekiem a zwierzęciem.
             Iskierka człowieczeństwa, o ile jeszcze się we mnie tliła, nie była niczym więcej,
             jak tylko iskierką.
                Dlaczego robię z siebie głupią, próbując zbliżyć się do tego, czego nie da się
             poruszyć? Nie zamierzałam się w to przecież zapuszczać. A jednak muszę po-
             wiedzieć wprost, muszę stanowczo zapewnić, że to nieprawda, jakoby nie każdy
             mógł być kapo. To blef. W tym oto świecie, z którego cudem się wydostałam,
             każdy mógł być tym, który bije, zabójcą, mordercą. Kiedy przychodzi walczyć
             o własne życie, nie obowiązują żadne prawa moralne. Będą mnie pytać: naprawdę
             nie było wyjątków? Odpowiem: były, oczywiście, byli szaleńcy, którzy ryzyko-
             wali własnym życiem, żeby nie zszargać tego, co nazywali „bożym pierwiastkiem
             w człowieku”. Ja do nich nie należałam. Nie chciałam ryzykować swoim życiem.
                Moja miłosierna pamięć nigdy nie przyjęła do siebie twarzy Alberta, mojego
             obozowego boga. Wszystko, co pamiętam, to jego ogolona, siwo-cienista głowa,
             która wyglądała, jakby przykrywał ją popiół z kominów.


                                               *
             Moja powojenna tragedia polegała na tym, że nie mogłam się przed nikim wy-
             spowiadać, a ciężaru grzechów, które w sobie nosiłam, nie potrafiłam zapomnieć.
             Zgadzam się z dzisiejszymi rzekomo znającymi się na rzeczy psychologami, którzy
             grzebią w psychice ocalałych i zapewniają stanowczo, że każdy z nich zmaga się
             z ogromnym poczuciem winy za to, że przeżył. Jeśli tak, to jaki powinien być
   87   88   89   90   91   92   93   94   95   96   97