Page 90 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 90

ZEMSTA EDZI                           89



             obok obozu dla mężczyzn w drodze na plac robót. Zazwyczaj starałam się iść
             gdzieś w środku swojej kolumny marszowej, szerokiej na pięć kobiet, żeby jak
             najmniej rzucać się w oczy. Ale tym razem szłam pierwsza po tej stronie mojej
             piątki, która była najbliżej drutów męskiego obozu.
                Wiedziałam, że łysy kapo Albert, nasz nadzorca przy pracy, będzie tam na nas
             czekał przy bramie. Nasza kolumna kobiet przemaszerowała obok niego, zgodnie
             z rozkazem, z pochylonymi głowami, ze spuszczonymi oczami; nie wolno było
             rzucić najmniejszego spojrzenia w kierunku obozu dla mężczyzn. Tylko ja jedna
             nie wykonałam rozkazu. Kroczyłam wyprostowana, wysoka jak zwykle, a kiedy
             mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Alberta, posłałam mu swój najczarowniejszy
             uśmiech i zaryzykowałam, witając go perfekcyjnie brzmiącym „Guten Morgen”.
                Albert nosił zielony trójkąt na swoim „pasiaku”, co oznaczało, że należał do
             kategorii kryminalistów. Był Niemcem i okrutnikiem bez serca, który gołymi
             pięściami potrafił zabić swoją ofiarę. On sam nie potrafił nawet przyjąć żadnego
             wyrazu twarzy, który przypominałby uśmiech, i z pewnością nigdy nie spotkał
             w tej oto dolinie śmierci takiego uśmiechu jak mój. W mroku przedświtu zdo-
             łałam dojrzeć, jak silnie wstrząsnęła nim moja brawura.
                Tego samego ciemnego przedświtu Albert podszedł do mnie na „placówce”. Złapał
             mnie za rękę i, nie mówiąc ani słowa, zaciągnął daleko nad brzeg piaszczystego pola,
             które nas otaczało. Byłam pewna, że zaraz mnie zabije. Tam za szopą była górka,
             usypana z zepsutych wózków. Wrzucił mnie do przewróconego wózka i tam wziął.
                Tak Albert stał się moim pierwszym mężczyzną. Byłam przecież wychowy-
             wana w czystości. Moja pierwsza wielka miłość ograniczała się do skradzionych
             pocałunków w ciemnych alejkach i parkach. Ale z Albertem było inaczej. Do-
             pilnował, żebym została „sztubową” w moim baraku, potem kapo pomocniczą,
             a po sześciu miesiącach pobytu w obozie pełnoprawną kapo. Na szczęście. Bo
             zaszłam w ciążę. Jako kapo mogłam się swobodniej poruszać, a Albert był w stanie
             dopilnować, żebym pozbyła się problemu. Albert – mój teutoński bóg! Mógł ze
             mną robić, co chciał. Kiedy powiedział mi po raz pierwszy: „Ich liebe dich” , gdy
                                                                            7


             7    (niem.) Kocham cię.
   85   86   87   88   89   90   91   92   93   94   95