Page 94 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 94

ZEMSTA EDZI                           93



             do mojego kąta za zasłoną z koca. Wcisnęłam ją pod pryczę – też żadna porządna
             kryjówka, ale lepszej nie było – i wybiegłam na dwór. Kiedy wróciłam na plac
             apelowy, zobaczyłam, że odprowadzają już grupę „wybranych” kobiet.
                Gdy po powrocie do baraku zajrzałam pod pryczę, Edzi już tam nie było. Nie
             znałam jej numeru, nie wiedziałam, jak się nazywa, kim jest ani skąd pochodzi.
             Nigdy więcej nie spotkałam jej w obozie. Jak widać, dała radę się przede mną ukryć.
                Powietrze pachniało końcem wojny. Czułam, że mój koniec również się zbliża.
             Zaczęłam się bać tego, co Niemcy w ostatniej chwili z nami zrobią, jak i tego, co
             więźniowie zrobią nam, kapo, jeśli dożyjemy wyzwolenia.
                W jeden z tych ostatnich dni wysłano mnie na rampę kolejową. Miałam pomóc
             załadować transport dziewczyn wyznaczonych do pracy w innym obozie, może
             w takim, w którym nie było już krematoriów. Zazdrościłam tym dziewczynom.
             Przy całym swoim szczęściu uważałam, że trafiło im się lepiej niż mnie, która
             musiałam zostać.
                Pomagałam wpychać dziewczyny do otwartych bydlęcych wagonów. Nagle
             zobaczyłam Edzię, próbującą wkraść się do wnętrza jednego z nich. Tym razem
             jej twarz nie była czarna, tylko szara jak popiół. Tak czy inaczej rozpoznałam ją.
             Złapałam ją za rękę. Spojrzała na mnie parą mysich oczu, jak gdyby zobaczyła
             przed sobą anioła śmierci.
                – Dokąd nas wiozą? – wymamrotała.
                Nie odpowiedziałam, tylko wysyczałam jej do ucha:
                – Przysięgnij mi tu zaraz, że jeśli z tego wyjdziemy, jeśli spotkamy się gdzieś
             na świecie, nikomu nie piśniesz ani słówka, że byłam kapo…
                Zamarła z jedną nogą uniesioną w powietrzu. Moje żądanie musiało się jej
             wydać idiotyczne. I faktycznie było idiotyczne. Setki więźniarek wiedziały, że
             jestem kapo. Zdaje mi się, że wszystko, czego w tamtym momencie chciałam, to
             spojrzeć po raz ostatni na Edzię, podmiot mojego jedynego heroicznego czynu
             w kacecie.
                Kiedy nasyciłam oczy jej widokiem, odniosłam wrażenie, że za chwilę jej twarz
             wykrzywi się w grymas podobny do uśmiechu:
                – I o tym, że uratowałaś mi życie, też nie wolno mi mówić? – zapytała, jak
             mi się zdawało, z fałszywą pokorą.
   89   90   91   92   93   94   95   96   97   98   99