Page 95 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 95

94                            OCALALI



            – O tym też nie. Przysięgnij! Przysięgnij mi na swoje życie!
            – Przysięgam ci na swoje życie, jeśli to jeszcze coś warte. Dokąd nas wiozą?
         – powtórzyła pytanie i wciągnęła drugą nogę do wnętrza wagonu.
            Nie mogłam znieść ucisku w sercu na widok jej twarzy. Bez odpowiedzi ucie-
         kłam i zabrałam się za wpędzanie do wagonów pozostałych dziewczyn.
            Niedługo potem przyszło wyzwolenie. Stałam się wolna od Niemców i od
         mojego boga Alberta, a za to popadłam w niewolę własnego sumienia i strachu,
         że ktoś mnie rozpozna.

                                          *
         Jak wspomniałam, miałam szczęście dostać się do Kanady, którą uważałam za
         kraj daleki od Boga i od byłych więźniarek, gdzie nie będę wystawiona na nie-
         bezpieczeństwo skonfrontowania się z wymierzonym palcem. Kiedy tu trafiłam,
         w istocie byłam jedną z nielicznych ocalałych, które dobrnęły do tutejszych
         brzegów. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że stanowiłam tylko jedną
         z pierwszych jaskółek. Wkrótce zaczęły przybywać bez końca. Zalały sobą cały
         amerykański kontynent. Zaczęto masowo odprawiać memoriały, łzawe spotkania
         i wszelkiej maści upamiętniające ceremonie. Zaczęły powstawać całe biblioteki
         książek ze szczegółowymi opisami tragedii. Nikt jednak nie próbował zagłębić
         się w szczególną tragedię nas, żydowskich kapo.
            Nie czytałam tych książek. Wiedziałam więcej, niż potrafiły opowiedzieć.
         Nie chodziłam na ceremonie i wieczory wspomnień. Nie potrzebowałam, żeby
         mnie wspominano. Pamiętałam, pamiętałam zbyt dobrze. Żadnych specjalnych,
         łzawych spotkań też nie potrzebowałam. Bo nie było ani chwili – na jawie czy
         we śnie – w której bym nie czuła zapachu i nie słyszała głosów z tego pierwszego
         dnia w kacecie, kiedy najbliższe mi osoby zniknęły z mojego życia. Po drugie,
         gdyby coś mnie faktycznie ciągnęło, żeby bywać na tych masowych zebraniach,
         i tak nie mogłam poddać się takiej chęci ze strachu, że ktoś mnie rozpozna.
            Zaraz po przybyciu do Montrealu zaczęłam pracę w fabryce, a wieczorami
         z zapałem uczyłam się angielskiego. Za pierwsze zarobione pieniądze poszłam
         usunąć sobie z ręki obozowy numer. Nikt nie musiał wiedzieć, że tam byłam. Nie
         potrzebowałam reklamy. Wiedziałam oczywiście, że numer łatwiej było usunąć
   90   91   92   93   94   95   96   97   98   99   100