Page 93 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 93

92                            OCALALI



         wymiar mojego poczucia winy? Chodzi o to, że odczuwam nie tyle winę, ile
         obrzydzenie, wszechogarniające obrzydzenie – przede wszystkim do samej siebie,
         któremu towarzyszy szczególne cierpienie, dziwny strach – przed słowem „kapo”.
         Słowo to stało się jakby kainowym piętnem, które na sobie noszę. Przechodzi
         mnie dreszcz, ilekroć słyszę, jak ktoś wypowiada je na głos. Dlatego uciekłam tu,
         w najdalszy zakątek świata, mając nadzieję, że tutejszy mróz zamrozi to słowo, że
         wymaże je śnieg. Myliłam się. Paradoksalnym rezultatem tej decyzji było to, że
         pozostawałam zachłannie przywiązana do życia, a stale flirtowałam ze śmiercią.
         Czekałam tylko na moment, w którym ktoś wykrzyczy mi w twarz: „Znam cię!
         Byłaś kapo!”.
            Ten oto samobójczy impuls trzymał mnie przywiązaną do Edzi. To od niej
         oczekiwałam usłyszeć ten krzyk.


                                          *
         To było na apelu podczas selekcji w kacecie. Edzia (nie znałam wtedy jej imienia)
         ledwo zipała i być może bała się, że wyciągną ją z rzędu i wyślą „na szmelc”, jak
         mówiono o tych, których wyznaczono do krematorium. Nie stawiła się na apel,
         ukryła się w błocie między skrzyniami na miotły a latryną. Głupia kryjówka.
         Jeśli nie ja, to inny kapo zaraz by ją wywęszył. Kiedy już wzięłam się za szukanie
         uciekinierki, nie zajęło mi długo, żeby ją tam znaleźć. Siedziała skulona. Unu-
         rzany czarnym błotem worek kości. Kępka włosów, która zaczęła jej wyrastać na
         ogolonej głowie, sterczała jak drucik. Twarz miała tak czarną jak błoto.
            Złapałam ją za kołnierz rozchełstanego ubrania, pod karkiem. Upadła na
         czworaka. Tak ciągnęłam ją za sobą, jak upartego psa.
            „Zlituj się” – zaskomlała, wąskimi dłońmi grzebiąc w luźnej ziemi. Poderwa-
         łam ją z miejsca. W tej chwili jednak moje oczy napotkały jej psi wzrok. Jej mała,
         skurczona, czarna twarz zniknęła, widziałam tylko oczy. Czułam, że w nich tonę,
         że wciągają mnie ich otchłanie. Zobaczyłam oczy mojej siostrzyczki Maniuszy,
         patrzące na mnie błagalnie, kiedy esesman wyrywał mi ją z rąk.
            Nie przestawałam ciągnąć Edzi za sobą. „Nie… nie…” – piszczała histerycz-
         nie. Wymierzyłam jej kilka ciosów, kazałam wstać, jedną ręką objęłam jej głowę,
         a drugą zatkałam usta. W ten sposób, tyłem, zaciągnęłam ją do siebie do baraku,
   88   89   90   91   92   93   94   95   96   97   98