Page 86 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 86
ZEMSTA EDZI 85
napawał mnie wstrętem. Z czasem jednak samotność tak zaczęła we mnie rozpa-
czać, że nie mogłam już wytrzymać i przyłączyłam się do grupy byłych więźniów
obozowych, którzy wędrowali od obozu do obozu w poszukiwaniu krewnych.
Przybyli z angielskiej strefy. Żaden z nich nie pochodził z mojego miasta. Nie
miałam krewnych do odnalezienia, a jednak włóczyłam się razem z nimi. Po
pierwsze dlatego, że dopadł mnie paniczny strach przed byciem samą. Po dru-
gie, miałam nadzieję, że z nimi albo dzięki nim znajdę sposób, by jak najprędzej
wydostać się z Niemiec.
To był jasny, wiosenny dzień. Razem z moją grupą włóczęgów siedzieliśmy na
skraju rozoranego pola, blisko szosy. Żadnych normalnych środków transportu
jeszcze wtedy nie było, czekaliśmy więc, aż nas zabierze wojskowa ciężarówka.
Po pewnym czasie taka właśnie ciężarówka nadjechała. Amerykański kierowca
zeskoczył z siedzenia, opuścił klapę paki, a my wdrapaliśmy się na nią. Wtedy
niespodziewanie zobaczyliśmy, że na deskach ciężarówki leży śpiący kacetnik.
Zamieszanie obudziło go. Zerwał się z miejsca, objął nas szybkim spojrzeniem
i wcisnął się w najdalszy kąt wozu. Gdy tylko ruszyliśmy, odwrócił się do nas
plecami i uchwycił się desek roztrzęsionej ciężarówki. Przysunęliśmy się bliżej
niego, gotowi wypytać, z którego jest obozu, dokąd jedzie i czy ma jakieś wieści.
W tej właśnie chwili ktoś z moich towarzyszy zakrzyknął: „Ja go znam! To kapo
z mojego obozu! Kat Romek!”. Wycelował spiczasty, kościsty palec wskazujący
w twarz obcego, jak gdyby szykował się, żeby wydłubać mu oczy.
W następnej chwili nasz obcy towarzysz leżał już na rozhuśtanych podłogo-
wych deskach ciężarówki. Moi kompani wyżywali na nim swoje zbolałe serca,
kopiąc, klnąc i wrzeszcząc. Nasz towarzysz nie bronił się, nie oponował. Przyjmo-
wał uderzenia tępymi jękami zza zaciśniętych ust. Może pragnął ich, może chciał
przejść przez taki właśnie rytuał oczyszczania się poprzez ciosy, mając nadzieję, że
tym sposobem zapłaci swoją cenę i też będzie miał prawo cieszyć się wolnością?
Tak bardzo przejęły mnie ciosy, które otrzymywał, że czułam, jak gdyby tra-
fiały we mnie. Ale jeszcze bardziej wstrząsnął mną okrzyk: „Znam go! To kapo!”.
Ten głos dźwięczał mi w uszach i nie chciał ucichnąć. To było najgorsze: szok,
że zostało się rozpoznanym. Wewnętrzny dreszcz na widok szpiczastego palca.
Właśnie to odebrało mi dech.

