Page 77 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 77

76                            OCALALI



         słów… musi układać stosy słów. Już same rozpadną się na akapity wedle jego
         wewnętrznego rytmu, według fal jego myśli. Musi im pozwolić padać tam, gdzie
         padają. Ponumeruje strony, ponumeruje rozdziały, podzieli je na podrozdziały. To
         będzie jedyne ustępstwo, na jakie pójdzie dla konwencji. Trudzi się dalej. Zebrał
         już obok siebie stertę ośmiuset stron, wypełnionych po brzegi czarnym piaskiem
         jego pisma. Zapisuje na górze: tom pierwszy. Odpycha je na bok i bierze kolejną
         ryzę papieru. Zaczyna się drugi tom.
            Wciąż nie czyta tego, co napisał. Przeczyta później. Teraz musi trzymać in-
         spirację za łeb. Wystarczy mu wiedzieć, że pisze arcydzieło, monumentalną sagę.
         Jest artystą. Tak, czuje to po upajających emocjach, przez które przechodzi, po
         ogniu, który tli się wewnątrz niego. Szaleńczy ogień, wszystko pochłaniający,
         z autentycznego, udręczonego, twórczego ducha. Nie jest arogantem. Nigdy nim
         nie był. Ale nie powinien też być skromny. Wie, że to, co pisze, oddycha wiecz-
         nością. Dopiero teraz, kiedy znalazł w sobie moc, by zniszczyć swoje poprzednie
         dzieło o kłamliwej konstrukcji, stał się głębszy, wielki.
            – Hemingway jako pisarz był karłem, dlatego potrzebował się zakochać, żeby
         najlepiej mu się pisało – mamrotał do siebie Wiktor. – Ale ja nie. Mnie się pisze
         najlepiej, kiedy moja dusza choruje, tak samo jak świat; kiedy dusza mnie boli,
         tak samo jak życie.
            Prowadzi swoje pióro dalej. Nie wolno mu przerwać. Teraz działa rutynowo.
         Jego pole widzenia przez cały dzień wypełniają jedynie słowa i słowa. Musi układać
         z nich więcej i więcej stosów, pozwolić im, by mówiły, śpiewały, krzyczały, jąkały
         się, jęczały; żeby znaczenie wszystkiego odnalazło się – nie w nich, ale pomiędzy
         nimi, wokół nich, w chaosie, który tworzą w przestrzeni dookoła siebie. James
         Joyce chciał to osiągnąć w swoim Ulissesie, w Finnegans Wake. Nie zaszedł jednak
         dostatecznie daleko. Zabrakło mu odwagi, brakowało mu doświadczenia grozy.
            – Ja – mamrotał do siebie Wiktor – ja przeżyłem drugą wojnę światową. Mam
         doświadczenie grozy i odwagę. Oczywiście!
   72   73   74   75   76   77   78   79   80   81   82