Page 74 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 74

ARCYDZIEŁO                            73



             strony swojego manuskryptu. Zdołała tylko rozpoznać kształt wielkich arkuszy
             papieru, na których zwykle pisał.
                – Co ty zrobiłeś? – zapytała z udawanym poruszeniem. Gratulowała sobie
             własnej bystrości, intuicyjnej zdolności przewidzenia każdego jego ruchu. Wzmoc-
             niło to jej nadzieję, że od niej nie odejdzie. Cieszyła się, że uratowała dzieło i sam
             Wiktor jeszcze raz jej za to podziękuje.
                – Spalone! Spalone! – zawołał dziko, bardziej do siebie niż do niej. Zamiast
             wrócić do mieszkania, zbiegł po schodach i zniknął na wiele godzin.
                Niedługo po tym, gdy zdało mu się, że przygotował dzieci i Sonię tak dobrze,
             jak tylko dało się ich przygotować na coś takiego, Wiktor wynajął pokoik, zarzucił
             worek z rzeczami na plecy i poszedł tam zamieszkać.
                Od pierwszego wieczora, który spędził, nie śpiąc, w tym mieszkaniu, Wiktor
             wiedział, że zaczęła się nowa, długa noc w jego życiu. Chodził, jak zazwyczaj, do
             pracy i dokładał się do utrzymania domu, w którym więcej nie postawił nogi.
             Spotykał się z dziećmi; były jednak bardzo zajęte, każde swoim życiem i planami
             na to co i gdzie studiować. Pozostał mu tylko serdeczny kontakt z Dannym, który
             był do Wiktora silnie przywiązany, i na którego zawsze patrzył ze łzami w oczach.
                Danny wkrótce dowiedział się od matki, że Wiktor nie jest jego prawdziwym
             ojcem – co, pomimo serdeczności, jeszcze bardziej utrudniło wzajemne poro-
             zumienie między Dannym a Wiktorem. Ten oto rozkwitający, utalentowany
             młodzieniec był niewinną ofiarą ludzkiej słabości. Jego dusza na zawsze pocięta
             została na kawałki przez grzechy dorosłych, którzy mieli być za niego odpo-
             wiedzialni. Prawda ta wyglądała z jego zamglonych, pytających oczu. Wiktor
             pragnął paść przed nim na kolana i błagać, żeby wybaczył mu to, że on, Wiktor,
             nie jest jego ojcem.
                Na szczęście Danny miał swoje skrzypce. One go uratowały. Dostał się do
             szkoły muzycznej w Nowym Jorku i wkrótce miał opuścić Montreal.
                Wiktor tonął coraz głębiej w otchłani duchowej ciemności. Tak fizycznie, jak
             i psychicznie zaczął się łamać. Zaniedbywał swoją pracę zawodową, przestał dbać
             o to, jak się ubiera; stał się komiczną, roztargnioną figurą. Nie tylko jego uczniowie,
             ale także inni nauczyciele w szkole, w której pracował, nie mogli się powstrzymać
             przed opowiadaniem anegdot o jego roztargnieniu, choć wszyscy wiedzieli, że
   69   70   71   72   73   74   75   76   77   78   79