Page 73 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 73

72                            OCALALI



            Tym sposobem nadszedł dzień, kiedy jasno i wyraźnie wiedział, co ma zrobić.
         Powiedział Soni, że ma się przygotować, że nie będzie z nią dalej mieszkał i że
         trzeba podjąć kilka praktycznych decyzji, co najważniejsze: należy dopilnować,
         żeby było to jak najmniej bolesne dla dzieci.
            Zapytała go:
            – Kiedy?
            – Jeszcze nie wiem – odpowiedział.
            Sonia nie wierzyła mu, nie wierzyła, że jest w stanie to zrobić. Żadnym spo-
         sobem nie mogła sobie wyobrazić, jak bierze walizkę z rzeczami, wychodzi przez
         drzwi i już nie wraca. Nawet jeśli nie jej, to przynajmniej dzieciom nie będzie
         w stanie tego zrobić. Sumienie i surowość wobec siebie mu na to nie pozwolą.
         Dom był przecież dla niego święty. To nie była poza, to nie było udawane.
            Co do jednego była mimo to przekonana: że nie będzie kontynuował swojego
         wielkiego dzieła, którego trzonem była miłość ich obojga. Bardzo tego żałowała.
         Nie tylko dlatego, że było to tak kolosalne przedsięwzięcie, prawdziwe arcydzieło,
         lecz także dlatego, że szczerze kochała ten utwór, jakkolwiek nienawidziła tego, że
         był stale zajęty jego pisaniem. Kochała bowiem siebie w obrazie, który stworzył
         na jej podstawie. Chciała go mieć przy sobie, dla siebie, móc się w nim przeglądać
         – i widzieć, co mogłoby stać się z nią i Wiktorem. Chciała móc całe swoje życie
         upchnąć na zapisanych stronach i cieszyć się wspaniałą Sonią z książki, gdy tylko
         zapragnie. Tak bardzo nienawidziła prawdziwej Soni, żywej Soni.
            Dlatego powoli, bez wiedzy Wiktora, zaczęła wynosić rozdział po rozdziale,
         żeby zrobić kopie jego pracy. Kiedy wszystko było gotowe, usiadła z całą ogromną
         paką w aucie, sama, i pojechała do ich domku nad Le petit lac mirage, w Górach
         Laurentyńskich. Tam porządnie zapakowała kopię dzieła Wiktora w posrebrzany
         papier i w celofanowe torebki; po czym wszystko to złożyła w blaszanym sejfie,
         który specjalnie po to kupiła, i schowała go w piwnicy pod domkiem, pomiędzy
         leżącymi tam cegłami. Tam, myślała sobie, będzie przychodziła sama, za każdym
         razem gdy tego zapragnie, i będzie się zaczytywać w jego dziele.
            Przeczucie nie oszukało Soni. Wiktor już nie wrócił do swojej pracy. Pewnego
         dnia, po południu, kiedy wróciła z miasta, spotkała go, rozczochranego i roz-
         chełstanego, w korytarzu domu, obok spalarki, wrzucającego do niej ostatnie
   68   69   70   71   72   73   74   75   76   77   78