Page 68 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 68

ARCYDZIEŁO                            67



                Sonia rzeczywiście myślała o sobie, o Wiktorze i o ich wspólnym życiu. Na
             nią też szczególnie mocno wpływało dziś otoczenie, również ona czuła się dziś
             wyjątkowo bliska Wiktorowi i była wdzięczna za prezent w postaci tej serdecznej
             rozmowy, którą jej podarował. Wdzięczna – i w tym momencie zakochana w nim
             zupełnie od nowa, po uszy, jak wtedy, kiedy była młodą dziewczyną. Wdzięczna –
             i tak strasznie zawstydzona, że nie umiała powiedzieć mu ani słowa. Tak, cieszyła
             się, że był na tyle zagłębiony w swoim pisaniu, aby nie zauważyć, jak fałszywie
             cieszyła się w jego towarzystwie, jak jej się z nim nudziło, jak rozdarta była we-
             wnętrznie. Nie przejmowała się, że stale go oszukuje, bo przestał ją interesować.
             Przestał ją obchodzić. Nie dotykał już jej duszy, nie tak naprawdę, nie w rzeczy-
             wistości. Tym, czym się przejmowała, bardzo przejmowała – był jej stosunek do
             samej siebie, poczucie nieszczerości, które ją trapiło. W którymś miejscu łączyło
             się ono z poczuciem winy wobec niego, wobec Wiktora. Poczuciem winy, które
             trawiło ją przez całe lata. Nawet jej wrodzona żywotność mogła jedynie zama-
             skować to poczucie przed Wiktorem, ale nie była w stanie wykorzenić go z jej
             własnego serca. Nie mogła tego sobie – i Wiktorowi – wybaczyć.
                Dziś po raz pierwszy, sama nie wiedziała dlaczego, być może przez urok, który
             rzucił na nich okoliczny krajobraz, poczuła to, czego nie czuła do Wiktora od
             pierwszych lat ich miłości. Coś wewnątrz niej pożądało, pragnęło, by dopasować
             się do atmosfery otoczenia, do niewinności, do szczerości natury. Potrzebowała
             tego. Była tak zmęczona strojeniem się w farbowane włosy, w makijaż, w złocisty
             uśmiech, który nie był autentyczny. Dokładnie tak, jak Wiktor zakończył etap
             swojej pracy, tak i ona pragnęła zakończyć pewien etap w swoim życiu. Nowy
             rozdział chciała rozpocząć razem z nim – mężem, wybrankiem. On weźmie się
             do przepisywania swojego dzieła na czysto, ona będzie przerabiać na czysto swoje
             życie. Potrzebowała tego, musiała to zrobić, żeby się ratować, ratować swoją duszę.
             To był najwyższy czas, by odzyskała szacunek do samej siebie, bo nienawiść do
             siebie pożerała ją od środka.
                Tym sposobem, grzęznąc w górach liści, przebijając je kijem, ze spuszczoną
             głową, stanowczym i zdecydowanym głosem odezwała się nagle do Wiktora.
                – Muszę ci coś powiedzieć, Wiktor, i wybacz, że robię to dzisiaj, w twój
             ważny… twój szczęśliwy dzień.
   63   64   65   66   67   68   69   70   71   72   73