Page 65 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 65

64                            OCALALI



         dobrze radę same. W mieście również uważał telefon za przekleństwo, które
         trzeba było tolerować ze względu na jego przydatność. Ale tu, na wsi, uwielbiał
         być zupełnie odizolowany od świata. Jeśli pojawiała się nieznośna potrzeba,
         można było zawsze przespacerować się do miasteczka. Rolnik, który mieszkał
         dziesięć minut drogi stąd, również miał telefon i w razie potrzeby dzieci mogły
         w ten sposób porozumieć się z rodzicami. Po drugie, telefon był niepotrzebnym
         obciążeniem rodzinnego budżetu. Trzeba było oszczędzać, szczególnie teraz,
         kiedy utrzymywali dwójkę dzieci na uniwersytecie i musieli szykować fundusze
         dla pozostałych, podczas gdy inflacja stale rosła.
            Sonia i Wiktor zjedli obiad na dopiero co wysprzątanej werandzie. Weranda
         obwieszona była ze wszystkich stron pnączami, które obrastały cały domek.
         Domek wyglądał dziś, jakby stał w złoto-czerwonym ogniu, a weranda – jak
         gdyby jej ściany płonęły.
            Tylko jedna strona werandy była wolna od pnączy i otwarta, ta od strony
         jeziora. Jedząc, Sonia i Wiktor połykali oczami wspaniały widok – dzięki temu
         ich miłość dostawała skrzydeł. Lekka mgła unosiła się teraz nad wodą, jak nad
         zaparowanym zwierciadłem. Tak też wyglądały oczy Soni: zamglone, ciepłe i wil-
         gotne, odbijały w sobie czułość Wiktora. Niepokój nie zniknął z jej spojrzenia.
         Teraz jednak jej oczy poruszały się jak płomyki, rozkołysane słowami Wiktora.
         Oczami spijała każde jego słowo, napawała się nim. Mówił o swoich uczuciach
         do niej. Potrafił je tak cudownie opisać, sformułować. Ani jedna nuta banału nie
         pojawiła się w jego słowach. Sonia z wrażenia aż przestała jeść.
            Dziś mówił wyjątkowo pięknie. Dziś był spokojny i zadowolony z siebie, i z wy-
         konanej przez siebie kolosalnej pracy. W końcu miał całe swoje dzieło utrwalone
         na papierze. Nie rozpłynie się już w pamięci, nie wyślizgnie mu się z dłoni. Mógł
         je wreszcie objąć w całości jako coś istniejącego, stworzonego, czego wcześniej
         nie było, a teraz jest. Cóż to było za potężne poczucie ulgi i szczęśliwości! Wciąż
         pozostawało mu rzecz jasna nie wiadomo ile tygodni, ile miesięcy ciężkiej roboty.
         Musiał jeszcze wszystko wygładzić, wyszlifować, wypielić językowo, doczyścić,
         dodać trochę tu, trochę tam, sprawdzić raz jeszcze, czy fakty się zgadzają, czy
         postaci poboczne mają sens. Była to jednak forma kreatywności bez strachu, bez
         obawy zejścia na manowce.
   60   61   62   63   64   65   66   67   68   69   70