Page 62 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 62
ARCYDZIEŁO 61
zachodzić do ich mieszkania. Było to w czasach, kiedy Sonia przechodziła fazę
zainteresowania grą w szachy. Koniecznie chciała wtedy stać się pierwszej klasy
szachistką i z zapałem uczyła się z książek najróżniejszych mistrzowskich otwarć.
Berger przesiadywał z nią długie wieczorne godziny w kuchni, objaśniając jej trud-
ne ustępy poświęcone strategii. Sonia przerzuciła się później na zainteresowanie
antropologią i mitologią, i Berger przestał przychodzić. Koniec końców, Sonia
nie była mu zbyt chętna. Uważała go za zarozumialca, wielkiego chwalipiętę.
Wiktor przejął od Soni tę niechęć do niego. Mimo to bronił Bergera przed
Sonią i wyjaśniał jej powody i okoliczności łagodzące dla jego niesympatycznego
charakteru. Ona sama opowiadała mu przecież, że Berger ma w domu piekło. Że
cierpi okrutnie przez swoją żonę, która zdradza go z każdym mężczyzną, jaki jej
się napatoczy. Berger rekompensował więc sobie utratę męskiej dumy tym po-
zbawionym smaku chełpieniem się. Szczególnie, że był w tym usprawiedliwiony.
Był prawdziwym geniuszem, tak w muzyce, jak i w szachach.
Tego samego wieczoru, kilka godzin później, Wiktor siedział w sali koncer-
towej z trójką swoich dzieci po jednej stronie i z Bergerem, wraz z jego żoną,
elegancką damą w średnim wieku, po drugiej. Sam Berger, postawny, wysoki
mężczyzna z głową pełną siwo-czarnych włosów i pociągłą, jak gdyby przez wiatr
wyżłobioną twarzą, przywitał Wiktora przyjacielskim, stanowczym uściskiem
ręki. Gdy jednak zamienili kilka zwyczajowych słów – rzadko mieli okazję się
spotkać przez ostatnie dziesięć lat – zapadło między nimi milczenie, które jako
pierwszy przerwał Berger na moment przed rozpoczęciem koncertu.
– Jak tam pańskie arcydzieło? – zapytał Wiktora. – Sonia mówiła, że zbliża się
pan do końca pierwszej wersji. Ilu wersji potrzebuje pan na tak kolosalną rzecz?
Wiktor wyczuł drwinę w pytaniu Bergera. Uśmiechnął się, bardziej do siebie
niż do sąsiada. Znał tę ironię, tę uprzejmą zniewagę ludzi pozbawionych kre-
atywności, szczególnie tych zdolnych i inteligentnych, okazujących w ten sposób
zrozumiałą, skrywaną w sercach zazdrość.
– Pyta pan, co z moim arcydziełem? – Wiktor zaśmiał się radośnie. – Zaraz
się pan przekona.
– To znaczy? – Berger nie rozumiał.
– Danny to moje prawdziwe arcydzieło.

