Page 57 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 57
56 OCALALI
prawdziwego ognia miłości, który tlił się, głęboko skryty, w jego wnętrzu. Tak,
możliwe, że ta cała jego skrupulatność była nie więcej jak tylko pancerzem, którym
się okrył, by ograniczyć ten wewnętrzny ogień i nadać mu kierunek, a także by
go uchronić przed niszczycielskimi siłami zewnętrznego świata, by chronić to
swoje dziwactwo, swój szalony optymizm: wiarę w ostateczne uwolnienie duszy
ludzkiej. Wiarę, której okrucieństwo wojny nie było w stanie zniszczyć. Wiarę,
bez której, jak przekonywał sam siebie, nie mógłby być pisarzem.
Sonia i Wiktor mieli pięcioro dzieci: czterech chłopców i dziewczynkę. Pla-
nowali nawet mieć ich jeszcze więcej. Wiktor mawiał trochę w żartach, trochę ze
smutkiem: „Naród żydowski jest spragniony dzieci, a ja, jako dobry Żyd, muszę
zrobić, co do mnie należy, by zaspokoić to pragnienie”. W rzeczywistości to naro-
dowe pragnienie wyrażało się u Wiktora w jego staraniach o znalezienie swojego
kąta, domowego gniazda. Wydawało mu się, że czym więcej dzieci będzie miał,
tym bardziej jego dom będzie domem. Był prawdziwie rodzinnym człowiekiem.
To właśnie rodzina bowiem, żona i dzieci, byli jedynym, co miał na tym świecie.
To samo tyczyło się również i Soni. Była pełną entuzjazmu matką. Najlepiej
czuła się i najpiękniej wyglądała w ciąży. Jednak ciąża i troska o dzieci, o dom,
były dla niej również sposobem na to, by podjąć próbę zdyscyplinowania się,
próbę ograniczenia niespokojnej żądzy życia, smakowania wszelkiego rodzaju
doświadczeń, nawet przygód, aż po kompletną rozpustę.
Tym sposobem Sonia i Wiktor współgrali ze sobą w swojej odrębności i od
zakończenia wojny spędzali razem spokojne, przyjemne lata.
Przez ostatnie szesnaście lat Wiktor codziennie wstawał przed świtem, gdy
na dworze było jeszcze ciemno, i spędzał dwie-trzy godziny, pracując przy swoim
biurku, po czym dopiero jadł śniadanie i wychodził do pracy w szkole. Często-
kroć pracował też wieczorami i w wolne weekendy, nieraz w Górach Laurentyń-
skich. Pisał wielkie dzieło, epopeję, przedsięwzięcie na miarę Wojny i pokoju czy
W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta; obraz epoki, z fabułą, której
trzon stanowi miłość między mężczyzną a kobietą, dla których on i Sonia byli
prototypami.
W tej wieloletniej pracy – która, jak się czasem zdawało, miała się nigdy nie
skończyć – Sonia nie przeszkadzała mu. Przeciwnie, robiła wszystko, by zapewnić

