Page 58 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 58

ARCYDZIEŁO                            57



             mu nastrój i spokój ducha potrzebne do oddania się tak kolosalnemu przedsię-
             wzięciu. Podobnie jak żony niektórych szczęśliwych literatów, czuwała nad nim
             jak anioł, jak strażniczka, ponieważ posiadała kwalifikacje, powołanie do tego,
             by cenić przedsięwzięcie i miarę jego pisarskiego projektu. Była specjalistką od
             jego artystycznych osiągnięć.
                Wszystko to wiedziała Sonia tylko stąd, że od lat potajemnie względem niego
             grzeszyła. Gdy tylko Wiktora nie było w domu, zakradała się do jego pokoiku i czy-
             tała wszystkie dopiero co napisane rozdziały, z przyjemnością, której towarzyszyło
             głębokie, wewnętrzne drżenie, jak gdyby kosztowała zakazanego owocu. Wiktor,
             perfekcjonista, nienawidził pokazywać komukolwiek niedokończonego dzieła.
             Dla niej, dla Soni, nie robił żadnego wyjątku. Nigdy nie rozmawiał o swojej pracy,
             a jeśli już, to tylko o problemach technicznych, nigdy o jej zawartości. Tłumaczył
             to Soni w ten sposób, że kiedy rozmawia o tym, co pisze, wydaje mu się potem,
             że ten kawałek pracy jest już skończony, i impuls, by do niego wrócić, słabnie.
                Jednak Sonia nie potrafiła oprzeć się pokusie. Była nadzwyczaj ciekawa, w jaki
             sposób Wiktor wplata ją w powieść jako charakter, typ; w jaki sposób rośnie,
             rozrasta się na setkach papierowych kartek w cudowną, kobiecą postać. Bardzo
             kochała siebie w książce, czuła się uszczęśliwiona tym, jak widzi ją Wiktor –
             a także bardzo zawstydzona. Ze swoim entuzjazmem często popadała w rodzaj
             histerycznego, spazmatycznego śmiechu aż do łez. Tak zabawne wydawało jej
             się to wszystko.
                Kiedy dzieci podrosły i zaczęły ganiać wieczorami do różnych młodzie-
             żowych klubów, a Danny miał swoje lekcje muzyki, Sonia i Wiktor zostawali
             sami w mieszkaniu. To były ich najlepsze, najspokojniejsze godziny dnia, kiedy
             każde z nich mogło porzucić bieżące zmartwienia i zająć się tylko sobą. Wiktor
             zaraz po kolacji siadał do pracy w swoim pokoiku, a Sonia, wciąż jeszcze pełna
             energii, brała się do prac domowych, do sprzątania, szycia i naprawiania, do
             korygowania prac jej uczniów, do czytania bądź studiowania dzieł z zakresu jej
             sezonowych zainteresowań: raz zoologii, innym razem historii muzyki, kiedy
             indziej medycyny bądź psychologii, buddyzmu czy nawet astrologii. Chciała
             wszystko wiedzieć, na wszystkim się znać, wszystko sobie przyswoić, jak gdyby
             wciąż była u progu życia, gotowa odkrywać świat. Rzadko miała cierpliwość,
   53   54   55   56   57   58   59   60   61   62   63