Page 64 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 64

ARCYDZIEŁO                            63



             A na samym jeziorze, jak na przejrzystym szkle zwierciadła, pływały liście jak
             małe złote gondole w wyśnionej Wenecji.
                Zaraz po przyjeździe Wiktor zabrał się do swoich zwyczajowych, wiejskich
             prac, które dawały mu okazję, by rozruszać kości i wprawiały go w dobry nastrój.
             Rąbał drzewo, żeby rozpalić ogień w kuchence, szykował też grube kawałki
             drewna do rozpalenia w kominku na noc, ponieważ postanowili przenocować
             tu i z rana wrócić do miasta. Nucąc pod nosem, zamiatał góry liści przed dom-
             kiem, zbierając je w wielkie stosy. Starał się nie myśleć o pracy, odświeżyć głowę,
             umysł, skupić się na chwili obecnej, napawać się nią, skupić się na Soni i spędzać
             czas wyłącznie z nią, wzmacniać ich intymność, bliskość. Uważał ten zastrzyk
             wspólnej samotności, bez jakichkolwiek innych, pobocznych obowiązków, za
             zdrową dawkę swego rodzaju eliksiru, który odżywiał i podtrzymywał ich miłość.
                Sonia również była w dobrym nastroju, choć od przyjazdu chodziła nieco
             zamyślona, milcząca i roztargniona. Nigdy wcześniej nie oglądała z takim nabo-
             żeństwem, z taką czułością każdej rośliny, każdego krzaka i drzewa. Wiktor sądził,
             że to kwestie botaniczne tak zaprzątają jej myśli. Mimo to zapytał, czy coś ją trapi.
                Odpowiedziała mu:
                – Wiesz, że nie lubię tak się odrywać od dzieci. Co roku rozmawiamy o tym,
             że trzeba by tu doprowadzić telefon, i na rozmowach się kończy.
                – Daję ci słowo honoru zapominalskiego profesora – zabawnie uderzył się
             w pierś – że następnego lata będzie to załatwione. A jeśli koniecznie chcesz –
             dodał łagodnie – to wieczorem przespacerujemy się do miasteczka i stamtąd
             zadzwonisz do dzieci.
                – I dalej będę ci się przypominać – tylko połowicznie odwzajemniła jego
             uśmiech – bo jesteś zawsze uparty, Wiktor, i zawsze o czymś zapominasz, a mó-
             wienie nie pomaga, o czym oboje dobrze wiemy, mój drogi.
                – Kiedy ostatnio byłem uparty w związku z twoim życzeniem, może mi po-
             wiesz, skoro już wychodzisz z tak konkretnymi zarzutami? – zapytał.
                Zaczęła się zastanawiać i nie mogła sobie przypomnieć. Oboje wybuch-
             nęli śmiechem. Względem niej bądź dzieci Wiktor nigdy nie był uparty. Tylko
             względem siebie samego. Ale to była prawda. Nie widział sensu w zakładaniu
             telefonu na wsi, szczególnie teraz, kiedy dzieci były już dorosłe i dawały sobie
   59   60   61   62   63   64   65   66   67   68   69