Page 66 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 66

ARCYDZIEŁO                            65



                Teraz mógł wreszcie rozmawiać z Sonią o swoim osiągnięciu, wypytać ją trochę
             o jej własne podejście do pewnych kwestii życiowych i porównać je z podejściem
             najważniejszej postaci kobiecej w jego książce. Opowiedział jej też, które incydenty
             z ich wspólnego życia zainspirowały którą ze scen w jego dziele oraz jak i dlacze-
             go je zmienił. Nie chciał bowiem pokazywać fotografii kobiety czy też innych
             typów – tłumaczył Soni, choć już o tym wiedziała – chciał jedynie wydobyć na
             powierzchnię ich esencję. W przypadku postaci literackich trzeba było wyrażać
             ją w sposób inny niż ten, w jaki wyrażała się w codziennym, prawdziwym życiu.
             Można, choć nie trzeba było dać czytelnikowi pojęcie o tym, jak podobne typy
             zachowywałyby się w prawdziwym życiu. Najważniejsze jednak było to – mówił,
             choć o tym też wiedziała – żeby owe typy dopasowały się do specyficznego świata,
             który tworzy artysta. Według niego, Wiktora, celem pisarza nie jest ukazywanie
             świata takim, jakim jest, ale oddawanie oddechu życia na zupełnie innej płasz-
             czyźnie. W swoim dziele chciał oddać aromat życia, atmosferę ludzkiego losu.
             Tak, samą zagadkę egzystencji.
                Już dawno skończyli jeść i, popijając kawę, toczyli dalej rozmowę, która zasad-
             niczo była monologiem Wiktora. Był zupełnie zanurzony w swojej przemowie.
             Sonia nie dziwiła się, że wyjaśnia jej podstawowe koncepcje sztuki, pisarstwa.
             W ten sposób dawał jej wszystko, co posiadał; jak gdyby sprzątając przy okazji
             stół roboczy swojej pamięci, swojej wyobraźni, pokazując Soni najpierwotniejsze
             sekrety schowane po szufladach jego duchowego warsztatu.
                Siedziała zasłuchana. Policzki jej płonęły. Czarne, falowane włosy spadały
             jej na czoło i brwi, a spomiędzy nich jej wzrok lśnił, ostry i wytężony, dziwny
             i cierpiący, milczący i niespokojny. Czuła, jak Wiktor podaje jej swoją duszę na
             tacy. Tak często wspominał o swojej miłości do niej, że aż nie mogła tego dalej
             słuchać. Było to aż bolesne.
                – Jak ja dobrze rozumiem Hemingwaya – mówił Wiktor – kiedy twierdzi,
             że najlepiej pisze mu się, kiedy jest zakochany. Bez mojej miłości do ciebie,
             Sonieczko, nigdy nie odważyłbym się mierzyć tak wysoko. To siła moich uczuć
             do ciebie wyniosła mnie jak na skrzydłach na takie wyżyny.
                – Przesadzasz, jak zwykle – odpowiedziała. – Wiesz, ile lat już jesteśmy razem?
             Liczyłeś? Już dziesięć lat farbuję włosy, żeby nie było widać siwizny.
   61   62   63   64   65   66   67   68   69   70   71