Page 71 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 71

70                            OCALALI



         na dzieci i nie tylko dlatego, że nie chciałam rozbijać rodziny, ale też dla ciebie
         samego. Chciałam zadbać o ciebie. Chciałam, żebyś pracował dalej nad swoim
         dziełem. Twoim wielkim dziełem. Chciałam, żebyś odniósł sukces, stał się sławny,
         dla ciebie. Poświęciłam się, tak, ja, grzesznica. Ja… dla ciebie, bardziej niż jesteś
         sobie w stanie wyobrazić.
            – Ale… ale… – wymamrotał. – Jak znalazłaś… znalazłaś…
            – Pytasz, jak znalazłam czas… na romanse? – przerwała mu. – Zapytaj mojej
         krwi, moich żył. Moja żądza była tak wielka, mój głód tak niezaspokojony… –
         Zabrakło jej tchu i również nie dokończyła zdania.
            Wiktor nie odezwał się więcej. Usiadł na stercie liści pod drzewem i dopiero
         gdy przerwa w jej monologu zaczęła się przeciągać, powiedział nagle:
            – Odejdź ode mnie. Wracaj do domu. Pozwól mi tu trochę posiedzieć. –
         Pies usiadł obok niego i Wiktor zaczął go nerwowo głaskać. Po chwili jego
         tępy wzrok odprowadzał kształt Soni, oddalający się od niego przez morze
         złotych liści. – Moja cudowna Sonia, moja ukochana… jedyna – mamrotał
         ochrypłym głosem – jesteś tak potężna… mocniejsza od Niemca. On… on
         przetrzebił tylko moje ciało, ale mnie… mojej duszy nie był w stanie tknąć.
         Tobie się to udało. Zamordowałaś moją duszę… i siebie w niej… – Rozpła-
         kał się. Wiedział, że kiedy ponownie zobaczy twarz Soni, to już nie będzie
         to samo.
            Kilka godzin później wrócili do miasta.



                                          5


         W naturze Wiktora nie było zdolności do przebaczenia Soni. Nie mógł z nią
         dalej żyć. W ogóle nie mógł dalej żyć. Wszystkie rusztowania jego egzystencji
         runęły w jednym momencie.
            Mechanicznie kontynuował swoją pracę w szkole. W domu nie siadał już
         do pisarskiego biurka. Kręcił się bez celu, rozmawiał z Sonią, z dziećmi. Ale nie
         widział ich. Stał się otępiały, nieobecny, jak gdyby zażył dawkę chloroformu, ale
         za słabą. Kiedy w domu robiło mu się zbyt duszno, wychodził na ulicę. Parę razy
   66   67   68   69   70   71   72   73   74   75   76