Page 76 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 76

ARCYDZIEŁO                            75



                Tak, był za bardzo rozpieszczony. Pisanie stało się dla niego zabawą, szczerą
             zabawą, ale niczym więcej. Opisywał głód, a potem siadał do posiłku. Opisy-
             wał straszliwą samotność, a potem spał ze swoją żoną. Opisywał rozstrzelanie,
             a potem pływał z dziećmi w jeziorze. Teraz, dopiero teraz, trzyma rękę na pulsie
             tajemnicy, na banalności i brutalności życia. Teraz napisze swoje dzieło. Musi.
             Został do tego powołany!
                W ten sposób powstała w nim niespodzianie potrzeba, by ponownie zaprzy-
             jaźnić się z piórem i papierem. Żadna koncepcja nie zaczęła się formować w jego
             umyśle. Żadne idee nie zaświtały mu w głowie. Naszła go tylko tęsknota – do
             pisania. Po prostu. Ogarnęła go pasja. Zapomniał, że ledwo starcza mu sił i zaczął
             maszerować szybciej przez las, żeby dogonić prędkie strumienie niecierpliwości.
             Aż w pewnym momencie zawrócił.
                Kilka godzin później siedział już w swoim mieszkanku w Montrealu, przy
             biurku, na którym rozłożył stos papierowych ryz, białych i cudownie czystych;
             każda ryza papieru – pole. Wspaniale proste linie – jak bruzdy gotowe, by je
             obsiać. Oto pióro w roztrzęsionej dłoni Wiktora skoczyło nagle na pierwszą
             linię pierwszej strony i wkrótce poszybowało ponad linijkami jak mewa ponad
             falami wielkiego morza.
                Od tego dnia pisał. Szybko… szybko. O szarym świcie, późnymi wieczorami,
             do północy i dłużej. Uchwycił się pracy i każdego dnia biegł do domu jak mat-
             ka, która biegnie zaopiekować się dzieckiem. Jadł i pisał, pił i pisał. Kurczowo
             uczepił się papieru i pióra. Napisał kiedyś książkę z fabułą, co za komedia! Co
             za fałsz! Życie nie ma fabuły – a jeśli ma, to w formie zwiniętego węża, popląta-
             nych pierścieni. Niech więc ono, życie, samo odnajdzie w książce spoiwa swojej
             fabuły, jeżeli takową posiada. Nie jego zmartwienie. On, Wiktor, musi wylewać
             atrament z pióra, krew z żył. Niech się nim nasycą pijawki słów. To wszystko,
             co musi zrobić.
                Od czasu do czasu przypominał sobie: co z moim bólem? Czy zanikł? Czy
             nadal tonę? Nieważne! Jestem znowu sobą… w swojej chwale!
                Pisał dalej. Nie czytał, co pisze. Nie wiedział, co pisze; nie oglądał się za sie-
             bie. Krzywe zwierciadło jego umysłu musiało pozostać krzywe. Śmietnik jego
             pamięci musiał zostać opróżniony, żeby napełnić się nowymi śmieciami. Góry
   71   72   73   74   75   76   77   78   79   80   81