Page 80 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 80

ARCYDZIEŁO                            79



             Tam chodzi się najlepiej. Rzuca okiem na płaskie rakiety śnieżne, zawieszone na
             ścianie przy drzwiach. Rano ubierze je, żeby nie zatonąć w śniegu.
                Leży na łóżku z otwartymi oczami i widzi, jak w oknie, ponad odwróconą
             do góry nogami białą firaną z lodu i śniegu, za zamarzniętymi szybami, powoli
             zakrada się noc. Wkrótce szyby zaczną płakać. Kominek jest porządnie nagrza-
             ny, a lodowy witraż w oknie wpuści do pokoju całą nocną ciemność. Wiktor
             nie myśli o swojej pracy. Wystarczy mu wiedzieć, że nie przestanie pisać, nigdy.
             Nigdy nie opadną mu skrzydła. Jednak teraz jest zbyt zmęczony. Musi być już
             bardzo późno. Wiatr hula w kominie. Na dworze wyją wilki. Czy to Danny gra
             na skrzypcach? Interesujące, jak można by opisać rytm wiatru i wilczy skowyt,
             albo szloch skrzypiec Danny’ego. Ale on, Wiktor, nie ma siły zejść z łóżka i usiąść
             za biurkiem. Po drugie, kiedy pisze, musi mieć przy sobie, wokół siebie, całe swoje
             dzieło. Kiedyś mógł pisać tu, w Górach Laurentyńskich. Odrywał się wtedy od
             swojej rodziny, od Soni z dziećmi. Teraz stosy zapisanego papieru były jego rodzi-
             ną. Dodawały mu sił. Bije z nich zawsze swego rodzaju wzniosłość, odświeżający
             powiew duszy, który pozwala mu zapomnieć o zmęczeniu. Teraz będzie tu tylko
             leżał, na łóżku, i śnił… tylko śnił.
                Tym sposobem zasnął na łóżku przy kominku. Jego zimowa kurtka wisiała na
             ławeczce, tuż przy ogniu. Gruby zwitek gazetowych artykułów wystawał z kieszeni.
                Chrapał głośno, zatopiony w głębokim, ciężkim śnie. Na zewnątrz wzmagał
             się wiatr. Wilki wyły przeraźliwie. Zbliżała się burza. Ogień w kominku dostał
             zbyt wiele wiatru i wzmógł się, rzucając płomieniami, wystawiając czerwony
             język, który sięgał ławeczki – raz za razem. Aż w końcu płomień liznął sterczący
             z kieszeni zwitek gazet, oblizał go, chcąc go jak gdyby posmakować, i zaczął kąsać
             coraz bardziej, zapuszczając się coraz dalej, aż w końcu począł oblizywać całą
             kurtkę – i dopiero wówczas porządnie zapłonął.
                Ta noc była ostatnią nocą w życiu Wiktora, a także ostatnią nocą istnienia jego
             i Soni chatki w Górach Laurentyńskich. Ogień doszczętnie spalił domek. Wdarł
             się też do piwnicy i przez szpary między cegłami dosięgnął miejsca, w którym
             Sonia niedbale ukryła blaszany sejf z kopią manuskryptu Wiktora, ponieważ
             przyjeżdżała tu często i niejeden raz zaczytywała się tak głęboko i płakała tak
             mocno, że spóźniała się na powrót do domu i musiała się śpieszyć.
   75   76   77   78   79   80   81   82   83   84   85