Page 75 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 75

74                            OCALALI



         pisze wielkie dzieło o kolosalnym znaczeniu literackim i historycznym, swego
         rodzaju epopeję. Zaczęto o tym wówczas szeptać w akademickich kręgach miasta.
         Kilka razy ukazały się nawet doniesienia na ten temat w plotkarskich rubrykach
         gazet. Wiktor wiedział, że wyśmiewają go za plecami. Świat go wyśmiewał.
            Któregoś dnia, kiedy Wiktor znalazł się na samym dnie rozpaczy, na progu
         całkowitego załamania, zamarzyło mu się wyjechać na wieś, do domku w Górach
         Laurentyńskich. Oboje z Sonią mieli do niego klucze. Był początek zimy. Spadł
         pierwszy śnieg. Na prowincji grube zwały śniegu skrzyły się pomiędzy czarnymi
         gałęziami i pniami leśnych drzew. Śnieg kładł się na jeziorze opadającą bez końca
         kurtyną, utkaną jakby z kuleczek białej waty. Dookoła panowała zupełna cisza.
         Tylko od czasu do czasu zakrakała wrona. Wiktor w śnieżnej zawierusze widział
         pary czarnych, rozpostartych skrzydeł przepływające po niebie jak wielkie, trze-
         począce, atramentowe kleksy.
            Wybrał się na spacer. Nie myślał o niczym, czuł tylko, jakby był czarnym
         głazem, przykutym do jednego miejsca, a śnieżna zawierucha przesuwała się
         powoli naprzód, nie na odwrót. Ciężki, czarny głaz? A może jest czarnym pta-
         kiem, który wkrótce zerwie się do lotu? Może jest tylko bardzo zmęczony drogą,
         którą zostawił za sobą – i może też drogą, która jeszcze przed nim? Może tylko
         trochę odpocznie, żeby znowu się poderwać, tak, do lotu, który wyznaczył mu
         los. Oczywiście… do lotu…
            Nagle Wiktorowi zaświtało w głowie: pisać! Musi! Wbrew sobie samemu
         musisz pisać! – krzyczał do siebie na głos.
            To było jego powołanie. Rola wyznaczona mu do odegrania w przyrodzie, czy
         tego chce, czy nie. Jego dodatek do śpiewu ptaków, plusku fal, wycia wiatru, cicho
         opadającego śniegu. Oczywiście, że tak! Jego zadanie wymagało tego wielkiego,
         życiowego krachu. Co za bogactwo cierpień odkrył w swojej otchłani! Zbyt szyb-
         ko zapomniał był o zasobach bólu, które niegdyś zebrał, innego bólu. Te swoje
         ciężkie próby niemal zupełnie roztrwonił – i z jaką naiwnością w sercu! Teraz,
         w obliczu tej zupełnie innej, nowej próby, znalazł się poziom wyżej, miał lepszy
         widok na panoramę losu ludzkiego, na „komedię ludzką”. Przez ten czas, który
         minął między tamtą burzą a tą nową, wyblakł; przez swoją szczęśliwą i spokojną
         egzystencję głupca stracił kontakt z oddechem życia.
   70   71   72   73   74   75   76   77   78   79   80