Page 67 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 67

66                            OCALALI



            – Głupstwa opowiadasz, kochanie. – Przysunął się do niej. – Taka miłość jak
         moja nie liczy lat. W moich oczach czas nie ma nad tobą władzy. Nie żartuję, kiedy
         mówię, że jesteś wspólniczką mojej pracy, tak samo jak wspólniczką mojego życia.
            Popijała dalej gorącą kawę z filiżanki, a on nie był pewien, czy to para tak
         zwilżyła jej twarz, czy płacz. Dopiero po chwili zauważył poprzez burzę jej włosów,
         że ma wilgotne oczy. Dwie łzy lśniły na rozpalonych do czerwoności policzkach.
         Tak bardzo wzruszyło go jej wzruszenie, że słowa aż ugrzęzły mu w gardle. Wczuł
         się w tę rzadką chwilę, napawał się nią, żeby nigdy jej nie zapomnieć.
            Po południu, w sportowych ubraniach, wybrali się na spacer wokół jeziora,
         pośród żółtych, opadłych liści. Lord, ich pies, biegł naprzód rozszczekany, roz-
         bawiony, z językiem na wierzchu, przeskakując góry liści, przy każdej górce pod-
         nosząc nogę i radośnie odskakując dalej. Domki letniskowe dookoła, niezbyt od
         siebie oddalone, stały niemal zupełnie puste. Dopiero co zaczął się rok szkolny.
            Jedna jedyna łódeczka kołysała się na środku jeziora. Ktoś łowił ryby. Człowiek
         i jego łódka – oboje uformowani jak gdyby z cienia w oparach mgły, kłębiącej się
         nad lustrem wody – wyglądali z daleka jak kotwica większego, niewidzialnego
         statku, unoszącego się ponad nieruchomymi falami, bez zanurzania się w nie.
         Coś pierwotnego i legendarnego unosiło się nad jeziorem, jak gdyby historia
         stworzenia wysnuwała się z mgły. Być może figura w łódce była archetypem mę-
         skości, Adamem, który z tajemnych głębin próbował wyłowić syrenę: archetyp
         kobiecości – Ewę?
            Wiktor i Sonia maszerowali energicznie, brodząc w pokrywie z liści i trzy-
         mając się za ręce. Każde z nich trzymało w drugiej ręce kij, zrobiony przez
         Wiktora z cienkich konarów, które poobrywał z mniejszych gałązek. Dużo
         nie rozmawiali. Sonia wyglądała na zamyśloną, tak bardzo zagłębioną w sobie,
         że cienkie, ciemne brwi aż się jej nastroszyły, a czoło zmarszczyło się. Wiktor nie
         chciał przerywać jej rozmyślań. Był pewien, że trawiła jeszcze jego przemowę
         podczas obiadu. Zostawił ją więc w spokoju, ciesząc się dobrym przeczuciem, że
         Sonia myśli o jego słowach, jego pracy, jego życiu, jej życiu. Okoliczny krajobraz,
         matczyna, dojrzała wspaniałość ziemi, bardziej niż zwykle pozwalała mu poczuć
         swoją obecność, istotność dla jego umysłu, dla duchowego, intymnego kontaktu,
         który nawiązał dziś ze swoją żoną.
   62   63   64   65   66   67   68   69   70   71   72