Page 47 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 47

46                            OCALALI



                                          6

         Tamtego dnia Jean-Pierre nie poszedł do Róży, swojej narzeczonej, lecz wędrował
         ulicami Paryża. Miał wrażenie, że postarzał się o całe dziesięciolecie. To dziwne,
         ale wcale nie myślał o śmierci Amalii, lecz o żywym, delikatnie poddającym się
         ciele, które trzymał w ramionach; myślał o tej wiecznej potędze, której nie po-
         trafił dokładnie nazwać, a która ma związek z boskością. Amalia przelała weń coś
         niewyobrażalnego, nie do opisania. A przecież wciąż czuł to wszystko w sobie tak
         dokładnie, całym swoim istnieniem. Eteryczność. Magię. Pobożność. Wzniosłość.
         Pochłaniający żar. Przez jego ciało przebiegały dreszcze. Strach. Przerażenie.
            Nieustannie przeżywał sceny z Amalią. Jej ciało wciąż było piękne, skóra
         gładka, szlachetnie biała, bez najmniejszej skazy. Emanowały z niej dziewczęca
         czystość, cnotliwa niewinność. Jej delikatne piersi wciąż były piękne, ale brodawki
         wokół sutków były białe, bez kropli krwi. Cała była biała jak postać uformowana
         z prześcieradła czy też z gorącego śniegu. Bo płonęła w jego ramionach. A on
         jej pragnął; pragnął wraz z życiem, które wyciekało między jego palcami. Była
         bardzo podobna do jedenastoletniej dziewczynki, którą przydzielono mu kiedyś
         w jakimś burdelu. Wówczas uciekł. Nie potrafił. Dzisiaj nie uciekł od konającej
         staruszki.
            Dzisiaj był zakochany w Róży, która była gdzieś wysoko, na samym szczycie
         Mont Blanc, podczas gdy on wspinał się do niej z samego dna otchłani na łańcuchu
         miłości. Jaki ten łańcuch był ciężki! Jak silna jest jego miłość! Nigdy nie doświad-
         czył jej bardziej intensywnie niż w tej lodowatej otchłani na progu wieczności
         Amalii. Tam odnalazł się w jakiejś szalonej ekstazie bólu i przyjemności. A kiedy
         przyszedł do siebie i dotknął swojego policzka, poczuł wilgoć na palcach. Łzy.
         Dopiero potem zauważył, że ciało, w które był wczepiony, jest omdlale, bez życia.
            W kolejnych dniach zbierał siły, by opowiedzieć Róży, co zrobił, i wyjaśnić jej
         swoje motywy. Ale nie znalazł w sobie odwagi. Była zbyt piękna, zbyt zdrowa i za
         bardzo w nim zakochana, aby go zrozumieć, by wszystko pojąć. A słowa mogły
         jeszcze bardziej wszystko skomplikować. Przekładał swoją spowiedź z jednego
         dnia na drugi. Chciał bowiem lepiej wszystko zrozumieć, a poza tym czuł się
         „brudny” – nie ze względu na to, co zrobił, lecz dlatego, że nie potrafił jej o tym
   42   43   44   45   46   47   48   49   50   51   52