Page 45 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 45

44                            OCALALI



         wieczorowa z białej satyny, Amalia żartobliwie szepnęła mu do ucha, że chciałaby
         zostać w niej pochowana.
            Sprowadził z kwiaciarni tuzin królewskich, koralowych róż, które osobiście
         umieścił w wazonie. Nie zdawał sobie sprawy, że szepcze do każdego kwiatka,
         wsuwając go pomiędzy zielone, delikatne gałązki: „Różo… Różo…”.
            Postawił wazon na marmurowej płycie stoliczka w stylu Ludwika XV stojącego
         w pobliżu okna. Kwiaty wypełniły pokój ostrym zapachem i Amalia poprosiła,
         aby nieco uchylił okno. Na zewnątrz słońce właśnie zaczęło zachodzić. Szeroko
         otworzył okiennice, rozsunął ciężkie, brokatowe zasłony i pozwolił, aby do
         pokoju wniknęło całe paryskie, przedwieczorne niebo z delikatną symfonią pa-
         stelowych kolorów. Gdzieś daleko na blednącym błękicie można było dostrzec
         białe, migocące gwiazdy.
            Amalia poprosiła, aby zapalił lampę na nocnym stoliczku przy łóżku, chociaż
         na zewnątrz wciąż było dość jasno. Zwilżył jej nadgarstki i płatki uszu kroplami
         japońskich perfum, które tak bardzo lubił.
            Widział ją w białej koszuli, przykrytą białym prześcieradłem, w białej po-
         ścieli. Srebrzysto-biały długi warkocz spoczywał na jej piersiach. Jej twarz, którą
         lekko pomalował na jej prośbę, zdawała się jaśnieć. Była niewiarygodnie piękna.
         Zapragnął paść przed nią na kolana i prosić, aby mu wybaczyła to jej uchodzące
         życie, jego zgasłe pożądanie… spokój w jego sercu.
            Jean-Pierre zadzwonił do drzwi kilka minut przed dwudziestą trzydzieści. Miał
         na sobie parę dopasowanych czarnych spodni i czystą, białą bluzę z rozpiętym
         kołnierzykiem. Wyłaniała się z niego szyja o ciemnej karnacji i wielkim, wydatnym
         jabłku Adama. Amalia uśmiechnęła się tak przejmująco, tak promiennie, jakby
         zachowała swój ostatni uśmiech właśnie dla niego. Zawstydzony chłopak spłonął
         rumieńcem. Powiedział coś głośno do niej, do Gawriela, roześmiał się hałaśliwie,
         udając pewnego siebie, po czym mocno uścisnął dłoń mężczyzny, dając mu do
         zrozumienia, aby już zniknął.
            – No to idę… – mruknął Gawriel.
            Z miną wprawnej opiekunki Jean-Pierre poklepał go uspokajająco po ramieniu
         i odprowadził do drzwi.
            – Będę w holu – szepnął Gawriel.
   40   41   42   43   44   45   46   47   48   49   50