Page 38 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 38

OSTATNIA MIŁOŚĆ                         37



                Kręcił się pośród kolumn przed hotelem, jednym okiem patrząc na eleganckie
             okna wystawowe, a drugim badając twarze przechodniów. Jednak nie dostrzegał
             ani wystaw, ani mijających go ludzi. Widział kredowo białe ciało Amalii i jej długi,
             siwy warkocz. Dzień był łagodny, ale jemu było zimno. Owinął się płaszczem
             przeciwdeszczowym, mocniej zacisnął pasek, schował ręce do kieszeni, jakby
             w ten sposób próbował się objąć, ponieważ czuł, że się rozpada, tak bardzo był
             zmęczony.
                Mechanicznie przeszedł przez ulicę i wszedł do ogrodu Tuileries, dokąd
             zawiodło go podświadome wspomnienie pierwszego spotkania z Amalią.
                Kopiąc kamyk na żwirowej ścieżce, zbliżył się do rzeźb Henry’ego Moora,
             przechadzając się wśród wysokich, chropowatych i gładkich kamieni z brązu:
             były to półsiedzące kobiety… Pocięte na surowe bryły. Osobno głowy. Pier-
             si jak potężne, rozlane, otwarte bramy. Łona jak dojrzałe granity, pełne po-
             wietrza… pustki… Majestat Gór Skalistych… Ale na plecy padał mu mroźny
             śnieg… Lodowiec wieczności. Wiało chłodem od masywnych form i wypeł-
             niających je myśli. Czuł się pusty, wypompowany z wszelkiej energii. Niezno-
             śne istnienie. Nóż nieruchomo tkwiący w sercu. Zastygłe cięcie. Dusza w nie-
             kończącym się spazmie. Ciało dążące do tego, by przemienić się w kamienną
             bryłę.
                Ciężko usiadł na żeliwnej, pomarańczowej ławce, która przesunęła się po
             żwirze. Chwilę później pogrążył się w niespokojnej drzemce. Słońce ogrzewało
             mu plecy, na czole perliły się krople potu, ale drzemiąc, drżał.
                Kiedy się przebudził, poczuł na sobie czyjś wzrok. Naprzeciwko siedział
             chłopak w przetartych dżinsach i pogniecionej zimowej kurtce. Wokół jego
             szyi zwisał luźno przerzucony długi szal z frędzlami. Na kolanach miał plecak,
             a w ręku „Timesa” zwiniętego w rulon.
                Chłopak uśmiechnął się szeroko, podając Gawrielowi gazetę:
                – To wypadło panu z kieszeni – powiedział po angielsku z mocnym francu-
             skim akcentem. – Nie chciałem tego wsuwać z powrotem, aby pana nie obudzić.
             Wygląda pan na bardzo zmęczonego.
                Słowo „bardzo” spowodowało, że Gawriel ponownie spojrzał na chłopaka
             i dostrzegł przed sobą otwartą, niezwykle jasną, na wpół męską, na wpół chłopięcą
   33   34   35   36   37   38   39   40   41   42   43