Page 281 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 281

280                           OCALALI



         ciała i twarze były powykrzywiane przez pasję. Czy ta brzydota była sztuką? Czy
         całe piękno wypłynęło z życia po wojnie?
            Kwiaty, które przyszyła do poszewki, zaczęły kłuć ją w oczy swoimi kontra-
         stującymi kolorami. One też były kłamstwem. Były brzydkie, przyprawiały ją
         o mdłości – a może to papieros taki był? Paliła powoli, lecz nie sprawiało jej to
         przyjemności. Kontynuowała jednak pracę i palenie, aż poczuła się zmęczona.
         Gdy wstała, zwróciła uwagę na panujący w domu nieporządek, co tylko nasiliło
         jej mdłości. Wszystko, na co miała ochotę, to płakać i spać.
            Zaczęła ścielić łóżka. Kiedy wyrównywała pościel na łóżku syna, pozostawioną
         w nieładzie po wcześniejszej zabawie chłopca, do oczu napłynęły jej łzy. Rzuciła
         się z rozłożonymi ramionami na nierówno leżący na łóżku koc, jakby chciała
         objąć ciało syna. O, jakże kochała tego chłopca! Wyobrażała go sobie leżącego
         obok i gładziła jego szczupłą sylwetkę. Był tak zajęty odkrywaniem świata, że
         miał dla niej mało czasu. Bardzo za nim tęskniła. „Co on naprawdę do mnie
         czuje?” – pytała samą siebie, myśląc o chłopcu, który właśnie wyrastał z wieku
         dziecięcego. Czy można to nazwać miłością? A co z niej pozostanie, kiedy już
         nie będzie potrzebował matki?
            Wyrzucała sobie, że marnuje czas i życie na spanie w ciągu dnia i uleganie czę-
         stym atakom płaczu. Pomyślała, że to właśnie rozczulanie się nad sobą przyprawiło
         ją o mdłości. Podniosła się z łóżka i posprzątała pokój chłopca; pozbierała leżące na
         podłodze stosy komiksów, schowała ubrania i odłożyła na miejsce gitarę i akordeon.
            Przeszła do pokoju córki. Na szczęście nie było tu wiele do roboty. Łóżko było
         pościelone, a leżące dookoła rzeczy prawdopodobnie miały tam leżeć. Ostatnio
         Sara czuła się trochę obco w pokoju córki. Mieszkała tu ta piękna osoba, która
         kiedyś była częścią jej samej, ale było to tak dawno temu, że ledwie pamiętała
         kiedy. Sara zamiatała podłogę, a oczyma wyobraźni widziała pełne wdzięku
         ciało dziewczynki, jej rozkwitające piersi i opadające na ramiona długie blond
         włosy, które lśniły w blasku słońca. Widziała jej uśmiech, marzycielski blask jej
         niebieskich oczu, które zmieniały się w zielone oczy pantery, gdy w przypływie
         buntowniczej złości nazywała matkę kłamczuchą. A może rzeczywiście Sara kła-
         mała, ale w innym znaczeniu tego słowa. Po prostu nie wiedziała, co jest prawdą.
         Już sama nie wiedziała, kim jest i czy w ogóle jest.
   276   277   278   279   280   281   282   283   284   285   286