Page 278 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 278

PEWIEN PIĄTEK W ŻYCIU SARY ZONABEND               277



             późnego piątkowego popołudnia; był to czas po selekcji w obozie. Kobiety,
             których życie zostało oszczędzone, wróciły do baraku i w ciemnościach wspięły
             się na prycze.
                I właśnie wtedy Szalona Bluma wykrzyknęła: „Dzieci, czy zapomniałyście?
             Dzisiaj jest piątek, wigilia szabatu! Szybko! Zapalmy świece i pobłogosławmy je!”.
             I w ciemności Bluma wykonywała gesty zapalania świec szabatowych, podczas gdy
             wszystkie inne na wpół szalone kobiety w baraku – te, których życie tak niedawno
             zostało oszczędzone – zakrywały twarze dłońmi i mamrotały błogosławieństwo
             świateł, niezależnie od tego, czy znały słowa, czy też nie.
                Tak więc każdego piątkowego poranka przesądna część Sary była pełna obaw,
             podczas gdy jej rozsądna, oświecona część z radością wyczekiwała nadchodzącego
             dnia z sercem pełnym nadziei.
                Poranek mijał tak jak zwykle. Sara wyszykowała dzieci do szkoły, posprzątała
             w kuchni i podała śniadanie swojemu mężowi Mońkowi, który dzielił się z nią
             wiadomościami z porannej gazety. Opowiadał jej o problemach rasowych w RPA
             i przedstawił stanowisko Polski w kwestii Wspólnego Rynku. Nie oczekiwała, że
             będzie mówił o czymś bardziej osobistym, bardziej intymnym, że może szepnie
             kilka czułych słów, ponieważ nie zdarzyło się to od bardzo dawna; a może nigdy
             się nie zdarzyło.
                Sara zawsze trzymała się nierealistycznego przekonania, że na dwoje ludzi,
             którzy kochali się przed wojną i odnaleźli się po jej zakończeniu, spłynęła poniekąd
             boża łaska i połączyła ich wyjątkowo silna więź wzajemnego oddania. Wierzyła,
             że taki mężczyzna i taka kobieta różnili się od innych par dzięki cudownemu
             ocaleniu ich miłości. W jej przekonaniu takie małżeństwo, jeśli nawet nie zosta-
             ło scementowane religijnymi ślubami, było święte. Ta kobieta i ten mężczyzna
             zostali wyznaczeni przez los, aby łagodzić swój ból i cierpienie i wzajemnie się
             pocieszać.
                Prawdę mówiąc, to Sara zdobyła się kiedyś na odwagę, by poruszyć ten temat
             z Mońkiem, chociaż zrobiła to w nieco zawoalowany sposób, przedstawiając swoje
             myśli w mniej romantycznym świetle. Ku jej zaskoczeniu Moniek wybuchnął
             śmiechem i śmiał się tak serdecznie, że i ona sama była zmuszona śmiać się razem
             z nim. Wyszła na kompletną idiotkę.
   273   274   275   276   277   278   279   280   281   282   283