Page 274 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 274

19 KWIETNIA                         273



                – Wracaj tam, skąd przyszłaś!
                – Czy to wystarczy? Myślisz, że kiedykolwiek zdołasz mnie wyrzucić ze swo-
             jego serca? – Rywka objęła Hersza i przytuliła go mocno.
                – Mam dwoje żyjących dzieci – błagał. – Są ważniejsze od ciebie, ode mnie, od
             Broni. Tak musi być. Jedynie w ten sposób możemy świętować nasze zwycięstwo.
             Pod każdym innym względem jesteśmy pokonani i zniszczeni.
                – To nieprawda! – Rywka potrząsnęła głową tak gwałtownie, że widział, jak
             jej jedwabiste włosy spadające z głowy, zamieniały się w popiół. – To nieprawda!
             Tylko ja jestem pokonana i zniszczona. Ale mimo to… Skoro kochasz mnie zawsze
             i na wieki, zostało coś, co utrzyma nas przy życiu.
                Obchody upamiętniające Holokaust dobiegły końca. Tłum żałobników
             wylał się z Centrum. Duchy i zjawy opuściły budynek w jednym długim, niekoń-
             czącym się korowodzie, przelatując nad głowami w gęstej białej chmurze. Bez
             słowa pożegnania Rywka wyrwała się z objęć Hersza i uniosła się, by dołączyć
             do chmury, wtapiając się w bladą parę, która stopniowo znikała za płonącymi
             snopami światła padającego z ogromnych reflektorów i przecinającego Fletcher’s
             Field u podnóża Mount Royal.
                Te ogromne reflektory oświetlały mecz piłki nożnej. Kibice stali na obrze-
             żach boiska, klaszcząc, gwiżdżąc i głośno dopingując swoje drużyny. Krzewy
             jaśminu wokół Fletcher’s Field napełniały noc słodkim zapachem. Bronia wyszła
             z Centrum i ocierając łzy z twarzy, obdarowała Hersza smutnym, lecz czułym
             uśmiechem.

                                              * * *
             Następnego dnia po przebudzeniu Hersz zastał cudowny poranek. Dzieci, wciąż
             w piżamach, bawiły się u stóp łóżka. Bronia, z głową na poduszce obok niego,
             z ciemnymi włosami rozrzuconymi w nieładzie, czule głaskała go po ramieniu.
                – Kochasz mnie? – zapytała kokieteryjnie, przytulając się do niego.
                – Zawsze i na wieki – odpowiedział, pocierając oczy.
                – Jeśli tak, to bądź dobrym chłopcem, kochany Herszie, i w ten cudowny
             świąteczny poranek bądź pierwszą osobą, która wstanie z łóżka i zrobi nam na
             śniadanie pyszne paschalne naleśniki. Umieramy z głodu.
   269   270   271   272   273   274   275   276   277   278   279