Page 270 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 270

19 KWIETNIA                         269



                Z miejsca po drugiej stronie widowni jakaś kobieta odwróciła głowę w jego
             stronę. W następnej chwili zobaczył ją szybującą w jego kierunku. Wydawała
             się lecieć, fałdy jej plisowanej sukienki rozpostarte były niczym skrzydła. Nie
             pamiętał, żeby Rywka była aż tak piękna. W przeszłości jej wygląd nie miał dla
             niego większego znaczenia. Może nawet wyglądała zwyczajnie. Nie mógł sobie
             przypomnieć. Ich miłość, choć ekstatycznie erotyczna, wykraczała poza wygląd
             fizyczny. Ich miłość była najprawdziwszą, jaką można by sobie wyobrazić. Była
             równie prawdziwa, jak jego obecny smutek.
                Rywka wpadła mu w ramiona, ale jego ramiona pozostały puste. I nagle znalazł
             się poza aulą, tuż przy drzwiach do Centrum. Był sam i próbował zrozumieć, co
             się stało, gdy nagle zobaczył szczupłą blondynkę idącą w jego stronę.
                – Duszno tam – zauważyła, mijając go. – Muszę zaczerpnąć świeżego powie-
             trza. Nie mogę już słuchać przemówień. Zbyt wiele smutnych wspomnień; nic
             nie zmieni przeszłości.
                Wyszedł za nią na zewnątrz. Spojrzeli na siebie i Herszowi wydało się, że oboje
             stali się przezroczyści. Nagle powiedziała:
                – Wiesz o dzieciach, prawda?
                Poważnie skinął głową.
                – Tak. Śpią w domu.
                Szli ulicą, wdychając słodki aromat kwitnącego jaśminu. Wiosenne powie-
             trze zdawało się wchłaniać oddech Hersza. Dotarli do parku. Gałęzie krzewów
             jaśminu w rozkwicie wyglądały jak ramiona białych aniołów, obdarzając świat
             upragnionym zapomnieniem, upajając go swoimi białymi płatkami. Hersz opadł
             na drewnianą ławkę, a kobieta usiadła obok niego.
                Nieopodal dzieci bawiły się w piaskownicy. Hersz poczuł przemożną chęć
             ponownego zobaczenia twarzy Rywki. Nie widział jej od tak dawna. Utkwił w niej
             wzrok. Tak, to była twarz jego pierwszej żony – jednak nie taka, jaką spodziewał
             się zobaczyć. Twarz przed nim nie była twarzą kobiety w średnim wieku; nie była
             naznaczona bólem i łzami. Nie była to twarz osoby ocalałej z obozu koncentra-
             cyjnego, tej, która widziała najgorsze rzeczy, do jakich zdolni są ludzie i która
             straciła swoje najcenniejsze skarby – dzieci. Nie, twarz przed nim była twarzą
             pięknej młodej kobiety, która właśnie weszła w dorosłość.
   265   266   267   268   269   270   271   272   273   274   275