Page 280 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 280

PEWIEN PIĄTEK W ŻYCIU SARY ZONABEND               279



             do której ludzie piszą listy i z którą pragną się komunikować; może sprawi,
             że poczuje się osobą, która żyje pełnią życia i której dni nie wpadają w czarne
             dziury nicości.
                Soboty i niedziele były dla Sary najnudniejszymi dniami tygodnia, ponieważ
             wtedy nie przynoszono poczty. Skarciła się za to, że wynosiła fakt otrzymywania
             poczty do rangi deus ex machina. Jednakże jej wiara w moc poczty była silniejsza
             nawet od jej przesądnego strachu przed piątkami. Wątpiła, czy kiedykolwiek
             zdoła pozbyć się tych słabości.
                Listonosz prawdopodobnie przechodził już ich ulicą, gdy była zajęta przy
             maszynie do szycia, przyszywając filcowe kwiaty do dekoracyjnych poszewek
             na poduszki leżące na sofie w salonie. Gdy Moniek wychodził do pracy, a dzieci
             były w szkole, Sara miała cały dzień dla siebie, a najlepszą jego częścią był pora-
             nek. Lubiła siedzieć przy maszynie do szycia, decydując o wzorach dekoracji na
             poduszki, gdy wszystkie jej pomysły na kolor i fakturę materiału wydawały się
             idealne, a wszystko, co robiła, miało w sobie nutę piękna i ekscytacji. Tak, ran-
             kiem, gdy wciąż czuła na policzku odcisk zimnego pocałunku Mońka, pozwalała
             sobie na robienie czegoś, co miało wartość tylko dla niej samej. Nie przeszkadzał
             jej panujący w domu nieporządek. Było wystarczająco dużo czasu, by marnować
             go w całości na sprzątanie.
                Po chwili wstała od maszyny, by sięgnąć po kolejnego papierosa. Spojrzała
             na podłogę przy drzwiach wejściowych, aby się upewnić, że jednak nie było dziś
             poczty. Zapaliła papierosa i wróciła do maszyny. Pracowała przez chwilę, wyko-
             nując swoje oryginalne projekty, ale praca szła jej wolniej niż zwykle. Bolała ją
             głowa; była senna. Sztuka – cóż to była za ściema! Kiedyś myślała, że sztuka jest
             ostatecznym wyrazem prawdy; przecież nie na próżno zajmowała w jej życiu
             najważniejsze miejsce zaraz po miłości. Teraz jednak była zdezorientowana co
             do miłości i nie wiedziała już, na czym polega sztuka. Nie cierpiała obrazów
             wystawianych w galeriach, które nazywano arcydziełami sztuki współczesnej.
             Irytowały ją. Wydawały się z niej drwić tymi dziecinnymi bohomazami w sza-
             lonych kolorach. To samo dotyczyło muzyki współczesnej, która doprowadzała
             ją do szału swoim ogłuszającym hałasem, wywołując wizje i dźwięki mające na
             celu stępienie zmysłów. Instrumenty muzyczne dudniły, śpiewacy krzyczeli, a ich
   275   276   277   278   279   280   281   282   283   284   285