Page 284 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 284

PEWIEN PIĄTEK W ŻYCIU SARY ZONABEND               283



             ochoty na kupowanie ubrań; nie była w stanie wprawić się w odpowiedni nastrój,
             aby wybrać się na taką eskapadę.
                Uśmiechnęła się do siebie na myśl o swoim zdjęciu w magazynie, pod którym
             widniałby napis: „Co jest nie tak z tą ocalałą kobietą? Dlaczego nie potrafi cieszyć
             się życiem, które los jej podarował?”.
                Wtedy zauważyła listonosza stojącego na rogu ulicy; jego torba na listy była
             boleśnie pusta. Stał nieopodal; najwyraźniej skończył już pracę i czekał, żeby
             przejść na drugą stronę ulicy w drodze do domu. Skinęła mu głową, ale nie od-
             powiedział. Być może jej nie poznał. W końcu reprezentowała tylko jedne drzwi
             na ulicy pełnej innych drzwi.
                Ruszyła spiesznie naprzód, nie zwracając uwagi na światła. Nagle usłyszała
             ostry pisk opon trących o asfalt. Nie odwróciła głowy, ale wiedziała, że zdarzył
             się wypadek. Pomyślała o listonoszu. Serce zaczęło jej walić. Wbiegła do sklepu
             spożywczego, nie odwracając się. Poprosiła o butelkę mleka i czekając, zobaczyła
             oczyma wyobraźni martwego listonosza leżącego na ulicy. Dobrze mu tak, pomy-
             ślała – za pustą torbę pocztową, za to, że nie odpowiedział na jej pozdrowienie.
             To również załatwiało sprawę kolejnego pechowego piątku.
                Sara wzięła do ręki butelkę z mlekiem. Jak przyjemnie chłodna była ta biel;
             jak dobrze było trzymać ją w dłoni. Miała ochotę ochłodzić nią swoją rozgrzaną
             twarz albo otworzyć butelkę i napić się kilka łyków, tu i teraz. Nie, nie zrobiłaby
             tego publicznie.
                Wyszła ze sklepu. Listonosz wciąż stał na przystanku autobusowym na rogu,
             czekając na autobus, który miał go zabrać do domu. Poczuła ulgę. Nie było żad-
             nego wypadku. Uśmiechnęła się do niego. Spojrzał na nią i tym razem uniósł
             dwa palce do brzegu czapki w stylu wojskowego salutu. Jakie to było piękne!
             Pokochała go od razu! Tak, zakochała się i być może to było naprawdę jedyne
             rozwiązanie, jedyna odpowiedź na wszystkie pytania: ta rzadka chwila, kiedy
             samotność jednej osoby salutuje samotności drugiej, ta chwila była szczęściem.
             To wszystko.
                Całą swoją istotą czuła piękno tego słonecznego, jesiennego popołudnia.
             Tak, kochała życie do szaleństwa i dlatego przerażał ją jej szczególny rodzaj sa-
             motności, który zwiastował zbliżającą się śmierć. Nie była typem samobójczyni.
   279   280   281   282   283   284   285   286   287   288   289