Page 285 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 285

284                           OCALALI



         Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, żeby dobrowolnie zatrzymać bicie własnego
         serca. Wręcz przeciwnie. Nigdy nie mogła się nasycić życiem. Czyż nie napisała
         kiedyś dzieciom opowiadania o muszce, która przyszła na świat jesienią i o tym,
         że lepiej jest żyć o tej porze roku, niż nie żyć wcale?
            Wiedziała, co zrobi. Wróci do domu, przygotuje kolację dla męża i dzieci,
         a potem się spakuje – wyciągnie walizkę, wrzuci do niej kilka ubrań, weźmie
         kilkaset dolarów, które zaoszczędziła, napisze list do dzieci, żeby się o nią nie
         martwiły i odejdzie. Wyruszy gdzieś w poszukiwaniu poczty, która nigdy nie
         nadeszła, w poszukiwaniu ekscytujących wiadomości, które nigdy do niej nie
         dotarły, w poszukiwaniu przyjaźni, tej szczerej, poważnej przyjaźni, którą znała
         z obozu. Podejmie działania, żeby coś się wydarzyło. Zrób krok w kierunku
         swojego celu, a on zrobi krok w twoją stronę. Ona, Sara Zonabend, to zrobi!
         Znów będzie wolna.
            Wiatr igrający z połami jej płaszcza dawał jej rozkoszne uczucie podrzucenia
         do góry; zdawał się unosić ją na skrzydłach. Jej kroki były lekkie, jej ciało gotowe
         do szybowania. Machała butelką mleka trzymaną w dłoni tak, jak to robiła z tor-
         nistrem dawno temu, gdy biegła do domu pełna radości życia i wolności: „Dzisiaj
         nie ma żadnych prac domowych! Hurra! Dzisiaj jest piątek! Jutro nie ma szkoły!”.
            Weszła do domu i rozejrzała się. Wokół maszyny do szycia leżały porozrzucane
         kolorowe poszewki na poduszki, nad którymi pracowała tego ranka. Podeszła
         do nich powoli. Z całą pewnością jej praca nie wyglądała na profesjonalną,
         a wykonanie też pozostawiało wiele do życzenia. Była dyletantką we wszystkim,
         co robiła.
            Wszystko, co wychodziło spod jej rąk, było niepełne, jakby pozbawione mi-
         strzowskiego wykończenia. Jednakże widok wykonanej pracy poruszył w niej jakąś
         czułą strunę i łzy napłynęły jej do oczu. Być może wystarczyło usunąć brązowy
         wycinek ze środka wzoru i zastąpić go błękitem...
            Odstawiła mleko na pobliski stolik i wciąż mając na sobie płaszcz, usiadła przy
         maszynie. Jej oczy się zaszkliły. Wiedziała, że to nie były łzy, które zdarzało jej się
         czasami uronić, gdy podziwiała piękno jakiegoś dzieła. Był to raczej nadmiar łez,
         które zdawały się wypełniać niezgrabne kielichy kwiatów przyszyte do poszewek
         na poduszki; jakże wiele z jej własnego „ja” ucieleśniało to rozczłonkowane, ama-
   280   281   282   283   284   285   286   287   288   289   290