Page 257 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 257

256                           OCALALI



         Spadające liście wirowały w powietrzu niczym płatki złota, po czym usypywały
         się bezszelestnie w stosy na ziemi wokół pni, na ścieżkach oraz okalającej je po
         bokach trawie i szeleściły przyjemnie przy każdym kroku. Pojedyncze kolorowe
         listki tańczyły wokół niesione na ramionach łagodnego wiatru.
            Przed oczami zamigotały mu kolorowe ubrania młodej przedszkolanki o blond
         włosach oraz grupy małych dzieci. Zbliżył się i obserwował, jak dzieciarnia ska-
         kała, zakopywała i tarzała się w barwnych stertach liści. Jasnowłosa dziewczyna,
         nauczycielka, czerpała pełne garście liści ze stosów i śmiejąc się, opuszczała je na
         główki dzieci. Złotawe listki wczepiały się w jej włosy oraz wełnę swetra i tkwiły
         tam niczym złota biżuteria.
            Jakow podszedł do rozbawionej grupki maluchów. Nauczycielka spojrzała na
         niego. Niebieskie, zaniepokojone zdumienie wyzierało z jej szeroko rozwartych
         oczu. Pochylił się, podniósł kupkę liści i naśladując ruchy dziewczyny, rozsypał
         je nad główkami dzieci.
            – Złoty deszcz liści – odezwał się do niej. Chcąc, by jej twarz się jak najszybciej
         rozpogodziła, przedstawił się, powiedział, że jest lekarzem i pracuje w pobliskim
         szpitalu. Czuł się głupio i komicznie, lecz jednocześnie opanowała go radosna bez-
         troska, figlarność. – To taki promienny świat! – zawołał z przesadnym entuzjazmem.
            Jasnowłosa nauczycielka najwyraźniej uznała, że ten obcy nie stanowi żad-
         nego zagrożenia, gdyż jej niebieskie spojrzenie rozpogodziło się i uspokojona
         uśmiechnęła się do niego. Ujrzał dwa rzędy wspaniale białych zębów. Ich widok
         aż go oślepił. Był pewien, że śni, bowiem tylko we śnie mogło wszystko wokół
         tak promienieć. A na dodatek pośrodku tego te dwa rzędy zębów błyszczących
         niczym rozpalone przez słońce lampki.
            Nagle, jak gdyby w transie, zaczął recytować dla niej Dzień jesienny Rilkego.


            Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
            Rzuć na zegary słoneczne twój cień
            i rozpuść wiatry na niwę dojrzałą… 11



         11   Rainer Maria Rilke, Dzień jesienny, tł. Mieczysław Jastrun, op. cit.
   252   253   254   255   256   257   258   259   260   261   262