Page 255 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 255

254                           OCALALI



         zaczął opanowywać strach przed młodym Dawidem – podczas gdy ja począłem
         postrzegać Cię jako ciężar i zawadę.
            Moi ocaleni obozowi bracia zazdrościli mi, iż uratowałem własnego ojca, a ja
         chciałem zapaść się pod ziemię ze wstydu, że Twoje oddanie tak mnie dręczy.
         Przeszkadzało mi każde Twoje słowo. Każda najdrobniejsza wypowiedziana
         przez Ciebie uwaga drażniła moje uszy i często wyprowadzała z równowagi
         – podobnie jak dzisiaj słowa Malki, które drażnią mnie i denerwują, przez co
         czuję się podwójnie, potrójnie, stukrotnie zniesmaczony sobą. Czuję się jak
         łotr… jak zabójca.
            Tato, przebacz mi łzy… Jedynie przed Tobą mogę się wypłakać… Oto widzę
         Ciebie, jak niesiesz mnie na swoich ramionach w kierunku tego dnia, kiedy
         będę leżał na takim posłaniu, na jakim Ty leżysz dzisiaj, a mój najmłodszy syn,
         Sammy, będzie przemawiał do mnie w swej wyobraźni podobnie pogmatwanymi,
         pożegnalnymi słowami…
            Może to dziwne, że w głębi serca pytam siebie samego poprzez mgłę smutku,
         jak zareagowałbym na te moje obecne, ostatnie chwile z Tobą, Tato – gdybym
         był poetą. Czasami myślę, że mimo wszystko jestem duchowym spadkobiercą
         Franza Kafki. Ja również miewam koszmary i halucynacje za dnia oraz w nocy.
         On ze swoich koszmarów tkał swym piórem opowieści, ja z moich snułem nie-
         wypowiedziane lęki. Moje dzieła również nie ujrzały światła dziennego za mego
         życia. Prawdą jest, że on swoje zapisał, a ja moich nie – czy jednak ten fakt ma
         jakieś istotne znaczenie? Tak czy inaczej, na jedno wychodzi.
            I podobnie jak Franz Kafka cierpiał na gruźlicę płuc, ja cierpię na gruźlicę
         duszy. Trawi mnie ta sama gorączka, jaka trawiła jego.
            Przypominam sobie, jak triumfowałeś, Tato, gdy ze względu na Ciebie po-
         stanowiłem zostać praktycznym człowiekiem i studiować medycynę. Jaki byłeś
         dumny, kiedy otrzymałem dyplom! Dobrze przyjąłeś nawet to, że na specjalizację
         wybrałem psychiatrię. Ten wybór był moim kompromisem. Powiedziałem sobie,
         że psychiatria tak jak poezja próbuje analizować misterium ludzkiej duszy i leczyć
         jej rany na swój własny sposób. Wmówiłem sobie, że będę potrafił uśmierzyć ból
         w sercach moich byłych obozowych braci i zdawałem się zapomnieć, że ani tera-
         pia, ani upływ lat nie mają na doświadczenia obozowe najmniejszego wpływu.
   250   251   252   253   254   255   256   257   258   259   260