Page 253 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 253

252                           OCALALI



         Nie rozkazywał dorosłemu synowi z dyplomem lekarskim, jedynie udzielał mu
         rad. Malka również – po prostu doradzała.
            Otworzył szklane drzwi gablotki i przygotował zastrzyk dla ojca.
            Powietrze w pokoju chorego przesiąknięte było nieprzyjemnym, cierpkim
         zapachem. Pielęgniarka codziennie przemywała odleżyny na jego ciele i smarowała
         je maścią leczniczą, która wydzielała silną woń. Jakow był przyzwyczajony do tego
         zapachu. W szpitalu nigdy mu nie przeszkadzał, tutaj jednak nie mógł go znieść.
            – Nic mnie nie łączy z tym mężczyzną, który leży tu na łóżku… Ot, zwykły
         pacjent… – Na próżno próbował utrzymać umysł w stanie otępienia, do którego
         chciał się zmusić. Rzeczywiście twarz, którą miał przed sobą, nie przypominała
         w ogóle dobrze mu znanej twarzy jego ojca. A jednak była tak swojska i bliska –
         jak gdyby leżał tu on sam, Jakow.
            Chory chrapał głośno. Ostrożnie, jakby bał się, że go obudzi, odsunął kołdrę.
         Ciało ojca o pergaminowej, żółtej skórze, leżało płasko na prześcieradle, jak gdy-
         by miało tylko dwa wymiary, niczym wycinek z tektury. Chrypiące chrapanie
         zdawało się dochodzić skądś z jego głębi. Jakow miał wrażenie, że chrapie razem
         z ojcem, że razem z nim wyrusza w podróż.
            Ogarnęło go wielkie pragnienie, by spojrzeć w jego otwarte oczy… zobaczyć,
         jak porusza ustami… usłyszeć głos wydobywający się spomiędzy spieczonych,
         brązowoczerwonych warg. Już tyle dni minęło, odkąd ojciec nie otworzył oczu,
         nie wydyszał ani słowa. Jakow podwinął koszulę nad płaskim, zwiotczałym ciałem
         i szybko wbił w nie igłę. Ciało nie zareagowało, a mimo to pokój wypełnił się
         duszącym żarem przeklinających, poplątanych, bolesnych słów – nigdy niewy-
         powiedzianych…
            Pod Jakowem ugięły się kolana. Obsunął się na krzesło obok łóżka i wbił
         wzrok w brązowe, spieczone usta ojca, z których dobywał się chrapliwy, urywany
         oddech – jedyna pozostała oznaka życia.

                                          *
         Zdaje mi się, mój Ojcze, że wciąż jesteśmy w kacecie. Pamiętam naszą dumę
         z przejścia wspólnie przez ważny proces pierwszej selekcji. Teraz przyglądam
         się, jak przechodzisz sam tę ostatnią selekcję – taką, jaka czeka i mnie kiedyś
   248   249   250   251   252   253   254   255   256   257   258