Page 249 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 249

248                           OCALALI



            – Jesteś aniołem, moja najukochańsza, że się zgodziłaś… Nie masz pojęcia,
         jak bardzo jestem ci wdzięczny… Nie wiem, jakim sposobem dałbym sobie radę
         bez ciebie. Dzieci przyjmują to lepiej, niż myśleliśmy, czyż nie?
            – Z pozoru tak. – Sammy pobrzękiwał łyżeczkami i w zabawie mówił do
         siebie. Malka ciągnęła dalej szeptem: – Jednak trudno powiedzieć, jak ta sytuacja
         faktycznie na nie wpływa. Nawet jeśli zapominają często, że on jest tutaj z nami,
         nie znaczy to jeszcze, że ich podświadomość nie rejestruje atmosfery, jaka panuje
         w domu.
            – Co jest nie tak z atmosferą panującą w domu? – zapytał Jakow, ledwo opa-
         nowując zdenerwowanie. – Zachowujemy przecież normalną rutynę.
            – Jak możesz tak mówić? Jak możesz mówić o jakiejkolwiek normalności?
            – Może masz rację.
            – Co to znaczy – może? Drzwi do pokoju chorego są wprawdzie zamknięte
         i po ich drugiej stronie panuje zupełna cisza, ale… ale mnie przeraża ta cała sprawa.
         Nie wiem, jak długo będę mogła to wytrzymać. Myślę wciąż, że słuszniej byłoby
         oddać go do szpitala dla nieuleczalnie chorych.
            – Rozumiem. – Jakow rozkaszlał się. Odsunął od siebie miskę z niedojedzonym
         śniadaniem i wymamrotał: – Nie mogę tego zrobić. On chce…
            – Czego chce? On przecież nie wie, co się z nim dzieje.
            – Właśnie, że wie… I ja wiem…
            – Ale nie musisz go słuchać. Nie jesteś dzieckiem.
            – On jest moim ojcem.
            – Despotycznym ojcem.
            – Nie mów tak…
            – Wybacz. Wstrzykniesz mu dzisiaj większą dawkę, prawda?
            – Powiedz mi coś dobrego, najdroższa…
            – Kocham cię… Zrób to dla mnie, Jakow. Dla moich nerwów. Czuję się spo-
         kojniejsza, kiedy on śpi.
            Jakow odwrócił głowę w stronę okna, jak gdyby szukał za nim ucieczki od
         udręk swego życia. Bujna korona wyrośniętego drzewa klonowego wznosiła się
         majestatycznie nad całym podwórzem. Jego gałęzie pełne jesiennych, barwnych,
         złoto-czerwonych liści zaglądały do kuchni – niczym uśmiechnięta zapowiedź
   244   245   246   247   248   249   250   251   252   253   254