Page 245 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 245

244                           OCALALI



         nosić tytuł „Spacery z ojcem”. Nasze spacery, Tato, były wprawdzie zupełnie
         zwyczajnymi epizodami bez szczególnego znaczenia, jednak kiedy zamierzałem
         przemienić je w tekst literacki, nabrały nagle nadzwyczajnego wymiaru. Tylko
         zamierzałem… gdyż nic z tego nie wyszło. Nie napisałem owego wypracowania,
         ponieważ kiedy tylko pomyślałem o Tobie, Tato, i zamachnąłem się piórem nad
         białą kartką – przewróciłem kałamarz. Czarny atrament zalał papier i nauczyciel
         wyrzucił mnie z klasy. Odtąd jestem wyrzutkiem, outsiderem w świecie tych,
         którzy radzą sobie ze słowem. Wyrosłem na sfrustrowanego pisarza.
            Byliśmy wtedy wspaniałymi kompanami, Tato. Równocześnie jednak, w tym
         okresie pierwszych lat męskości, zacząłem niepostrzeżenie odczuwać wstręt do
         Ciebie, morderczo nienawidzić Cię za grzech Twojej niedoskonałości. Nie po-
         trafiłem wybaczyć Ci Twych słabości. Nazywałem je hipokryzją, dwulicowością,
         ograniczeniem. Uważałem, że pomimo Twego „liberalnego poglądu na życie”
         oraz bombastycznie radosnego stosunku do wiedzy, duchowo zatrzymałeś się
         w miejscu, a Twoja nietolerancja rosła w równej proporcji z moim własnym
         fizycznym i duchowym rozwojem. Nie chciałeś mnie ani trochę zrozumieć.
         Nie próbowałeś – nawet z ciekawości, nawet na mgnienie oka – spojrzeć na
         świat moimi oczami. Nie mogłem ścierpieć Twojej oschłej „praktyczności”,
         Twojej chęci podcięcia mi skrzydeł, Twego zwyczaju deprecjonowania mo-
         ich marzeń. Twe wąskie horyzonty sprawiały, że nie potrafiłem zaakceptować
         Twojego autorytetu.
            Będąc królem, jednocześnie zazdrościłeś mi mojej uprzywilejowanej pozycji
         księcia w sercu królowej – matki. Byłem światłem jej oczu – a ona moich. Two-
         ją praktycznością, Twą rzeczowością przemieniałeś nasze celebrowanie życia
         w zwyczajność. Nie mogłem znieść Twego widoku.
            Jak śmieszne i niedorzeczne wydaje mi się to wszystko teraz, Tatusiu kocha-
         ny! Te bezsensowne błahostki stają się dziś zupełnie nieważne w obliczu tego
         gigantycznego cienia, który zaczyna rozpościerać się nad moim światem. Nie
         dostrzegam najmniejszego sensu w tej oślepiającej ciemności, która zapada we
         mnie. Wtedy, podczas tych zielonych, pełnych nadziei lat, kiedy towarzyszyłeś
         mi na co dzień, łatwo przychodziło mi znaleźć sens mego życia – w zgodzie
         z Tobą czy w opozycji do Ciebie – i utrzymywać się w iluzji, że moje istnienie
   240   241   242   243   244   245   246   247   248   249   250