Page 241 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 241

240                           OCALALI



            Ostatnio przeczytałem gdzieś, że ukazała się książka z listami do Boga na-
         pisanymi przez dzieci. A kim ja koniec końców jestem? Również nikim więcej
         jak dzieckiem – dzieckiem, które nie nauczyło się pisać, zagubionym dzieckiem
         z przedwcześnie posiwiałymi włosami i nerwowym sercem, dorosłym dzieckiem,
         które wciąż nosi w sobie chorobliwą niedojrzałość. Bo błędem jest uważać, że
         to Ty nas, ludzi, stworzyłeś na swój obraz. To my stworzyliśmy Ciebie na nasze
         podobieństwo, niedojrzały Boże. Być może dlatego przychodzisz mi na myśl,
         wielki Nieobecny, kiedy rozmyślam o ojcostwie, gdy myślę o moim rodzonym ojcu.
            Umierasz, mój Ojcze, a ja konam z poczucia opuszczenia już teraz, kiedy leżysz
         jeszcze w swoim łóżku chorego, w pokoju na drugim końcu korytarza, w moim
         domu. Pamiętam, jak zwykłeś nosić mnie na ramionach, gdy byłem trzyletnim
         urwisem. Przekręcałeś komicznie głowę i spoglądałeś na mnie spomiędzy moich
         dziecięcych bucików. „I jak ci się jeździ na tacie, słońce moje?” – pytałeś, śmiejąc
         się. Pewnego razu zaniosłeś mnie do lunaparku. Usiadłeś na siedzeniu karuzeli,
         wziąłeś mnie na kolana i przypiąłeś nas pasem. Szybowaliśmy razem wokół kuli
         ziemskiej, która była wtedy swojska, bo objęta Twoimi silnymi, ojcowskimi ra-
         mionami. Słowa „opuszczenie” wówczas jeszcze na świecie nie było.
            Przypominam sobie też inny dzień, kiedy wsiadłeś ze mną do zielonego tram-
         waju i ruszyliśmy na targ owocowo-warzywny, by kupić maliny, które dopiero co
         dojrzały na krzakach u chłopów na wsi. Pamiętam ich wesoły, ciemnoczerwony
         kolor oraz kwaśno-słodki smak, a także Twoje ciemnoczerwone wąsy, gdy wracając,
         siedzieliśmy w tramwaju i wyjadaliśmy owoce z małego koszyka. Kiedy przyszliśmy
         do domu, mama uśmiechnęła się do nas swoimi malinowymi ustami. Wsypała
         maliny do białej miski, polała je białą śmietaną z białego dzbanka i posypała
         z góry białym cukrem – żeby zrobiły się jeszcze słodsze, jeszcze smaczniejsze,
         jeszcze bardziej soczyste i purpurowe.
            I pamiętam ten dzień, Tato, w którym niczym karzący Bóg po raz pierwszy
         wymierzyłeś mi parę klapsów w siedzenie za kłamstwo… i nieprzyznanie się, że
         tamtego wiosennego poranka zamiast pójść do szkoły, wybrałem się do parku,
         by przyglądać się, jak lód topnieje na stawie.
            Noszę w pamięci jeszcze wiele innych dni spędzonych z Tobą, Tato, słodkich
         i gorzkich dni mojego dzieciństwa, kiedy byłeś dla mnie Bogiem. I zarówno
   236   237   238   239   240   241   242   243   244   245   246