Page 252 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 252

LISTY DO BOGA                         251



             wąskiego chirurgicznego skalpela. Objęła go za głowę i wzdychając, wyszeptała
             w jego siwiejące włosy:
                – Przeraża mnie widok tych zamkniętych drzwi. Rozdziera mi to serce. Czuję
             wstyd, gdy uśmiecham się do dzieci.
                Rozległo się pukanie do frontowych drzwi. Jakow zadrżał.
                – To listonosz – odezwała się uspokajającym tonem Malka. Wstała i wygładziła
             na sobie szlafrok. Zrobiła to z gracją oraz swego rodzaju niewinnością, jak gdyby
             nie zdawała sobie sprawy z kokieteryjności swoich ruchów.
                Jakowa ogarnęło zdumienie. Rozpoznał w niej wiedźmę ze snu, który niedawno
             mu się przyśnił. Nagle uświadomił sobie, jak jej nienawidzi. Poczuł, że ciężko mu
             oddychać w jej obecności. Zaczął budzić się w nim strach przed nią... przed tym,
             co czuł. Nie! To niemożliwe! Tak nie może być! Musi ją kochać! Ona jest jego
             jedynym światłem! Nie wolno mu od niej uciec. Ona wspiera go – swoją miłością,
             taka wspaniała, pełna poświęcenia. Jak może być tak okrutny, tak niewdzięczny?
                Podniósł się od stołu i wyszedł, by wyjąć pocztę ze skrzynki. Z plikiem kore-
             spondencji w ręce wkroczył do swojego gabinetu. Otworzył listy, lecz nie czytał
             ich. Nie interesowały go. Myślał o Malce i rozglądał się dookoła, jak gdyby szukał
             jej wzrokiem. Nagle przypomniał sobie, jak bardzo zawsze lubiła ten gabinet…
             Jego ojciec również…
                Gabinet, wyłożony materiałem izolacyjnym nieprzepuszczającym z zewnątrz
             najmniejszego szmeru, przedzielony był orientalnym parawanem. Po jednej jego
             stronie stała czarna, wspaniale wygodna skórzana sofa, a u jej wezgłowia – skórzany
             fotel z podnóżkiem. Tutaj, cztery razy w tygodniu, przeprowadzał wieczorami
             pięćdziesięciominutowe sesje terapeutyczne ze swoimi pacjentami. Po drugiej
             stronie parawanu stało mahoniowe biurko otoczone mahoniowymi regałami
             z książkami; z boku znajdowała się zamknięta gablotka ze szklanymi drzwiami,
             a na jej szklanych półkach – lekarstwa, między nimi ampułka z morfiną.
                Jakow od początku żywił wyraźną niechęć do elegancji tego pokoju, który
             zupełnie nie odpowiadał jego gustowi. Taki był jednak styl czasu i godził się na
             niego dla dobra pacjentów, a także dlatego, iż było to korzystne dla biznesowej
             strony jego praktyki lekarskiej, jak twierdzili ojciec i Malka. To oni pomogli
             mu otworzyć prywatny gabinet. Ojciec nie nalegał, tylko dawał wskazówki.
   247   248   249   250   251   252   253   254   255   256   257