Page 251 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 251

250                           OCALALI



         twarzy malowały się ból i smutek. Uświadomił sobie, jak źle wyglądała. Jej twarz
         zdawała się nie należeć do reszty ciała, które promieniowało pociągającym kobie-
         cym ciepłem i świeżością – nawet teraz, gdy siedziała tak z potarganymi włosami
         w niedbale zapiętym różowym szlafroku; jej cera – bez makijażu, bez pudru,
         różu i szminki – miała żółtawoblady odcień, jak gdyby chciała dopasować się
         do koloru oczu, które zdawały się być zielone, nie czarne. Głębokie zmarszczki
         wokół jej oczu i ust wbijały się w jego serce niczym cienkie igły strzykawek, przez
         które wpływał w niego toksyczny strumień poczucia winy.
            Położyła dłoń na jego kolanie, a on przykrył ją swoją. Patrzyli na siebie
         w milczeniu. Tak wiele niewypowiedzianych myśli i uczuć wibrowało między
         nimi. Nagle poruszyła ustami i Jakow poczuł strach przed tym, co zamierzała
         powiedzieć. Szybko zakrył jej usta dłonią.
            – Sza… lepiej nic nie mów – wyszeptał. – Nie sądź, że nie wiem, jakie to
         niesprawiedliwe, iż przez cały dzień nie ma mnie w domu i ty sama dźwigasz
         wszystko na swoich barkach. Ale on… on nie zabiera ci czasu… i...
            – I co, mój drogi?
            – Pielęgniarka robi przecież sama wszystko, co niezbędne.
            – To bez znaczenia. Chodzi o atmosferę w domu. O lęk… O… sama nie wiem,
         jak to nazwać.
            – Wiem, co masz na myśli…
            – Dzieci wracają dziś wcześnie ze szkoły. Będzie ciężko. Daj mu dzisiaj większą
         dawkę, proszę cię.
            – On przecież śpi ciągle… Już od ładnych paru dni…
            – Tak, ale z przerwami... Proszę cię.
            – Nie mogę…
            – Choć odrobinę większą. Zrób to dla mnie, najdroższy.
            – On tego nie wytrzyma…
            Sammy skoczył na nóżki i wybiegł z kuchni, jak gdyby intuicyjnie wyczuł, że
         rodzice szepczą do siebie jakieś niepokojące, straszne tajemnice. Malka usiadła
         na kolanach Jakowa. Pogładził jej długie, spływające z ramion czarne włosy,
         które odcinały się ostrym kontrastem od bladej, skrzywionej twarzy. Promienie
         porannego słońca wcinały się w róż szlafroka na jej piersi, przybierając kształt
   246   247   248   249   250   251   252   253   254   255   256