Page 218 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 218

FRANÇOIS                            217



                – Tak, mam ciebie. – Uśmiechnęła się gorzko.
                – Czuję, że masz coś przeciwko, mon amour.
                – No jasne – jej serce załkało w odpowiedzi – tak, mam wielki żal. Ogromny
             żal, moje ty ukojenie. Nigdy ci nie wybaczę, że jesteś tylko mamiącym mirażem.
                – Mimo wszystko pójdę z tobą na Machu Picchu, a nuż będziesz mnie po-
             trzebowała…
                Późnym wieczorem Lea i Simon wrócili do hotelu, który sprawiał wrażenie tak
             starego, jakby stał tutaj od czasów Pissarra. Weszli do pokoju, który miał krzywą
             podłogę i zwężające się ściany. Osunęli się ciężko na wąskie posłania.
                – Jestem zmęczony – westchnął Simon. Lea miała wrażenie, że nie dokończył
             zdania, jakby chcąc powiedzieć: „Jestem zmęczony tobą…”.
                W kącie tego smutnego, ciemnego, staroświeckiego pokoju stało nowocze-
             sne urządzenie z tlenem na wypadek, gdyby jakiś turysta źle się poczuł. Simon
             wziął butelkę szampana, aby wypić o północy. Ale gdy rozdzwoniły się dzwony
             kościelne, zwiastując początek nowego roku, Simon i Lea zrezygnowali z picia.
             Ich niespokojne corazóns mogłyby źle zareagować na alkohol w tak rzadkim
             powietrzu – zażartował roztargniony Simon. Nocą źle spali w zapadniętych
             łóżkach. Zmęczone serca ciężką masą spoczywały w piersiach.
                Nazajutrz rano, w pierwszym dniu nowego roku, górska kolejka wciąż jesz-
             cze nie była naprawiona. Znowu więc poszli na spacer po miasteczku. Po rynku
             przechadzali się turyści i świątecznie ubrani lokalni mieszkańcy ze swoimi ciem-
             noskórymi, wystrojonymi dziećmi. Ze wszystkich stron spływały grupy Indian
             z wiosek w okolicznych górach. Mężczyźni nosili na głowach wielkie sombrera,
             a kobiety – czarne kapelusze. One miały na sobie kolorowe chustki, a mężczyźni
             kolorowe kamizelki. Z gór spływała wielobarwna tęcza, rynek się wypełnił mo-
             rzem kolorów. Ludzie o brązowych, smutno uśmiechniętych oczach i twarzach
             pomarszczonych od słonecznej spiekoty, wiatru i biedy, zdawali się przynależeć
             do minionej epoki Inków, dając świadectwo upartego, trwającego od pokoleń
             przywiązania człowieka do ziemi i życia.
                Gruby, łysy ksiądz w uroczystej sutannie pojawił się na szerokich, fronto-
             wych schodach katedry, odganiając się dłońmi od tłumu, a członkowie stojącej
             za nim kapeli, częściowo ubrani w wojskowe stroje, przygładzili wąsy i zagrali
   213   214   215   216   217   218   219   220   221   222   223