Page 214 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 214

FRANÇOIS                            213



                Nazajutrz ślady po ukąszeniach nie zniknęły, nie zmalał również świąd. Lea
             poczuła gorączkę w całym ciele. Miała dreszcze mimo upalnego dnia. Przed
             pójściem na kolację powiedziała do Simona:
                – Nie czuję się dobrze, bądź tak miły i idź sam.
                – Dobrze – przystał na to z pewną ulgą. – Przyniosę ci coś do jedzenia.
                Gospodarze przysłali jej kolację. Kiedy Simon wszedł, na zewnątrz było już
             bardzo ciemno. Przywołał ją do drzwi. Noc dyszała skwarem i niepokojem.
             W powietrzu słychać było szum owadów, głośne pulsowanie niespokojnego serca
             nocy. Z dżungli dobiegało pohukiwanie nocnych ptaków.
                – Widzisz te setki nietoperzy? – zapytał Simon. – Całe chmary. Frau Sterbe
             powiedziała mi, że wśród nich są też takie, które nazywa się wampirami. One
             wysysają ludzką krew.
                Leżąc nocą na twardym posłaniu, Lea, wstrząsana dreszczami, wsłuchiwała
             się w pulsujące odgłosy na zewnątrz. Ostry, piskliwy śpiew cykad brzmiał jak
             gwizd odległego pociągu towarowego z załadowanymi wagonami bydlęcymi…
                Nazajutrz poczuła się lepiej, lecz mimo to została w pokoju. Trochę postała
             przed drzwiami, rozglądając się i przysłuchując dźwiękom otoczenia. Różnoko-
             lorowe papugi przelatywały między szponami jastrzębi o szerokich skrzydłach.
             Simon sam wyruszył na ekspedycję. Gdy wrócił, resztę czasu spędził w dużym
             budynku na rozmowie z gospodarzami. Lea czuła, że trudno mu być z nią sam
             na sam przez cały czas, bez innych ludzi wokół. W domu wolny czas weeken-
             du spędzali z przyjaciółmi, chodzili w gości albo ich podejmowali. Chyba się
             odzwyczaił od spędzania całych dni tylko z nią samą. Ona od niego – również.
             Była zadowolona, że może pobyć odrobinę sama. Całe popołudnie spędziła
             z François.
                Przywykła dzielić się z nim swoimi myślami, ale raczej więcej do niego mil-
             czała, by tak rzec, niż mówiła. Wystarczała jego poruszająca duszę obecność.
             To, co działo się między nimi, nie wymagało słów, nawet poetyckich. Czerpała
             prawdziwą przyjemność z jego czułej, pieszczotliwej mowy, ale jeszcze bar-
             dziej była oczarowana, gdy całe jej jestestwo zanurzało się w głębię jego mil-
             czenia pełnego miłości. Wówczas nawet przestawała go wyraźnie dostrzegać.
             Ale nie musiała go widzieć. Był czystą miłością, która wypełniała wszystkie jej
   209   210   211   212   213   214   215   216   217   218   219