Page 212 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 212
FRANÇOIS 211
Gospodarze chyba nie do końca je rozumieli, ale wino skłaniało ich do śmiechu,
sztucznego chichotania. Nieustannie wymieniali między sobą znaczące spojrzenia.
Lea piła jeden kieliszek wina za drugim. Gospodarze nie byli skąpi. Gdy tylko
jedna butelka została opróżniona, polecili służbie postawić na stole nową.
Lea powiedziała do François, który zajął krzesło przy sąsiednim pustym
stoliku:
– Coś mnie uwiera… Boje się tych dwojga… On i ona, oboje w wieku moim
i Simona. Czy zwróciłeś uwagę na ich postawę, taką wojskową… Mogłabym
przysiąc, że ona była esesmanką. Te umięśnione ręce, twarde męskie dłonie…
Tylko brak pejcza. Jak wymieniają ze sobą spojrzenia… Może coś knują? Może
zaczęli się bać, że ich rozpoznaliśmy i że ich wydamy… Kto wie, ile żydowskich
żyć mają na sumieniu?
– O, jednak drżysz o swoje życie! – François przerwał jej w pół słowa. – A ja
myślałem, że chcesz się go pozbyć.
– Nie chcę zginąć z ich rąk. Tego bym nie chciała, François.
Nazajutrz udali się na wycieczkę w głąb dżungli. Niezliczone rodzaje drzew,
każde inne, rosły tu gęsto wymieszane ze sobą, splątane gałęziami, porośnięte
lianami, oplecione wielkimi, palczastymi liśćmi krzewów, obejmując się wysta-
jącymi korzeniami niczym w walce o życie lub w uścisku miłosnym. Zdawało
się, że na dole, na porośniętej i poprzetykanej korzeniami ziemi, nie rusza się
żadna żywa istota. Za to w powietrzu, w gęstwinie drzewnych koron szeleściły
i szumiały całe metropolie żywych stworzeń, w większości różnego rodzaju małp.
Było gorąco, panował duszny, podrównikowi skwar. W powietrzu unosiła się
cuchnąca wilgoć.
Była ich czwórka – Lea i Simon oraz dwóch miejscowych, ciemnoskórych
metysów z długimi, ostrymi nożami w rękach i strzelbami na ramionach. Lea
zapytała ich na migi, po co im strzelby.
– Jaguar… Kuguar… Puma… – Śmiejąc się, wskazali na przestrzeń między
drzewami. Ich nagie ciała, lśniące od potu, wyglądały jak odlane z gładkiego
brązu. Wielkimi maczetami wycinali przejście w gęstwinie lian i splątanych ga-
łęzi. Niemal uderzali głowami w wiszące gniazda różnorakich owadów i śpiące
nietoperze, które zwisały z gałęzi głowami w dół.

