Page 195 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 195

194                           OCALALI



            Być może to z nim powinna przeprowadzić poważną rozmowę i raz na zawsze
         otworzyć swoje serce. Był przecież najbliższym człowiekiem, jakiego miała na
         świecie. Owszem, przemawiał do niej odrobinę za szorstko, lekceważąco, lecz
         jakie to miało znaczenie w porównaniu z jego namacalną dobrocią? Poza tym
         był przecież mądry, inteligentny, zaangażowany w życie. Ale co miałaby mu
         powiedzieć? W jaki sposób znaleźć słowa, aby wyjaśnić, co jest dla niej ważne?
         I nawet, jeśli zdołałaby wyrazić to wszystko, co ją dręczy, to on, właśnie z powodu
         tej swojej mądrości, nie pojąłby, o czym ona mówi. „W głowie ci się przewraca”,
         stwierdziłby z pewnością.
            Jeśli o przyjacielu mowa, rozmyślała, to potrzebowałaby kogoś zaufanego,
         wrażliwego, takiej bliskiej duszy. Simon, jakkolwiek całkiem w porządku, nie
         był jej przyjacielem od serca. A może potrzebowała kochanka? Gdy ubrała się
         elegancko, wyglądała jeszcze całkiem atrakcyjnie, a zmysły wciąż jeszcze miała
         wrażliwe, może nawet bardziej niż kiedykolwiek. Ale posiadanie kochanka byłoby
         nie fair wobec Simona. Poza tym zbyt wiele energii wymagałoby od niej dbanie
         o urodę, kokietowanie, uśmiechanie się wtedy, gdy jej nie do śmiechu, oszukiwanie
         Simona, kochanka, a zwłaszcza – samej siebie. Tego nie chciała.
            Coś dławiło ją w gardle. Wstała z łóżka i poszła do jadalni. Słyszała ożywio-
         ny głos Simona rozmawiającego przez telefon. Wyjęła z barku butelkę whisky.
         W ostatnich dniach, kiedy nie opuszczała domu, piła więcej niż zwykle. Wzięła
         butelkę, kieliszek i wróciła na górę. Wsparta na łokciu leżała na posłaniu, słuchała
         żywej muzyki i sączyła palący alkohol. Zaczęła poruszać głową w takt muzyki.
         Ściany pokoju ruszyły w tany wokół łóżka. Z oczu trysnęły gorące łzy. Pochlipy-
         wała i uśmiechała się do jakiegoś światła, które zataczało kręgi na suficie.
            Ktoś stanął w drzwiach do pokoju. Jakaś dobrze znana postać. Pantera. Kto to
         był? Jasne, to Simon. Była pijana, ale w tym pijaństwie zachowała odrobinę trzeź-
         wości; zawsze pilnowała się, by nie pić aż do utraty kontroli nad sobą. Uczepiła się
         załzawionym spojrzeniem jasnego kręgu na suficie i przesadnie głośno zawołała:
            – François!
            Ciemna postać stała w drzwiach dłuższą chwilę.
            – Kochanie, upiłaś się w sztok? – Usłyszała śmiech Simona. – Kim jest ten
         okropny François?
   190   191   192   193   194   195   196   197   198   199   200