Page 188 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 188

W SERENGETI                          187



             pięknie, nienagannie. Chłód wiał z jej spoconej twarzy. – Kocham cię, Mildred
             – wyszeptał i pocałował ją w wilgotny policzek.
                Słony smak jej potu na jego wargach przywołał z głębin pamięci mgliste
             wspomnienie: słony smak pocałunku, który jako dziecko składał na spoconej ręce
             dziadka. Latem, w nowojorskich upałach, dziadek zwykł siadać na składanym
             krześle na werandzie; wielki, otwarty Talmud  leżał na jego kolanach. Dziadek
                                                    31
             nosił na głowie, na jarmułce, zasupłaną w czterech rogach chustkę do nosa.
                Simon zrobił cztery supły na swojej chustce i spróbował wciągnąć ją na głowę.
             Nie chciała się trzymać. Miał za dużą głowę. Koledzy oferowali mu swoje chustki.
             Czuł się komiczny, śmieszny, ze złością powiedział, żeby dali mu spokój.
                Jeden z ochroniarzy co parę minut rozdzielał papierowe kubki z odrobiną
             wody do picia. Simon pociągnął ze swojego kubka. Woda przywiodła mu na myśl
             jezioro, nad którym wczorajszej nocy siedział z Marysią. Kocham cię, Marysiu
             – przełknął w sobie orzeźwiające słowa. Kiedy ochroniarz podał mu później
             drugi kubek wody, zauważył, że pływa w nim mała muszka. Kręciła się bez końca
             w samym środku kubka, w małym wirze. Mała, czarna muszka, mały Żydek, który
             próbuje znaleźć w sobie sens i uratować się. Simon tak długo na nią patrzył, że
             przestał ją widzieć. Wir przeniósł się z wody w kubku do jego głowy. Tu kręcił
             się dalej, a w jego centrum tańczyło teraz słońce, bijące gorącymi promieniami.


                                               *
             Wyciągali go z autobusu omdlałego. Fale wody wirowały mu w głowie. Przez
             chwilę zaświtała mu myśl, że umiera na udar. Słońce Serengeti było dla niego
             zbyt gorące. Mildred miała rację. Mildred zawsze miała rację. Co teraz będzie
             z maratonem i z seminarium? Jak potoczą się losy psychiatrii? Czy jest skazana
             na to, by nigdy nie odnaleźć drogi na pustyni ludzkiej duszy? – pytał sam siebie.
                Nagle, w wyobraźni, ukazał mu się obraz. Widział, jak Mildred z Marysią
             biją się o niego. Jedna uderzała tu, druga tam. Były zwierzętami Serengeti, wy-
             dzierającymi sobie ofiarę, wydzierającymi z niego kawałki, jak gdyby był zebrą



             31   Talmud – jedna z podstawowych ksiąg judaizmu będąca komentarzem do Tory.
   183   184   185   186   187   188   189   190   191   192   193