Page 186 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 186

W SERENGETI                          185



                Łzy po raz kolejny popłynęły mu z oczu.
                – Chcę od ciebie uciec, choć to prawda, że coś mnie do ciebie przycią-
             ga. Wielu rzeczy w tobie bardzo nienawidzę. Nienawidzę tego, co ze mną
             robisz.
                – Nienawidzisz swojego odbicia we mnie i dlatego tym bardziej mnie kochasz.
                Zerwał się na równe nogi, machnął do niej ręką i wychrypiał:
                – Dobrej nocy!
                Zostawił z nią pled Mildred i wbiegł do swojej kabiny.

                                               *
             Rano, w drodze powrotnej, autobusy jechały znacznie szybciej niż w pierwszą
             stronę. Mimo to również i tym razem zatrzymali się, by obejrzeć stada zwierząt
             w spokoju pasące się na równinie. Parę razy widzieli takie same sceny, jak po-
             przedniego dnia, gdy tysiące zwierząt stały jak zahipnotyzowane w półokręgu,
             którego centrum stanowił lew. Za każdym razem, kiedy Simon Braun widział
             taki obraz, automatycznie odwracał głowę w kierunku Marysi. Widział, że
             powinien zająć jak najbardziej oddalone od niej miejsce w autobusie. Trzymał
             się przy Mildred i rozmawiał z nią o pisaniu listu do dzieci i przygotowaniach
             do jutrzejszego maratonu. Mildred odpowiadała mu rzeczowo, swoim jasnym,
             wyraźnym głosem. Od czasu do czasu wybuchała śmiechem, gdy coś zabawnego
             przyszło jej na myśl.
                Słońce piekło. Pot lał się wszystkim z czół. Czym dalej jechali, tym bardziej
             słońce przedzierało się przez zadaszenie autobusu. Nie było już przed nim
             ochrony. Próbowali schować się i wachlować czym tylko się dało. Wówczas po
             raz kolejny ukazał im się wyjątkowy widok lwów podczas posiłku. Tym razem
             ofiarą była żyrafa. Jej długa, smukła szyja, której kręgi były obnażone, odarte
             z mięsa, wyglądała jak harmonijka w pyskach dwóch lwów, jak gdyby chciały na
             żyrafiej szyi zagrać poemat symfoniczny o brutalności.
                Gorący wiatr napłynął skądś i wtłoczył swój duszący oddech do autobusu.
             Grzywy obżartych lwów zafalowały na wietrze. Wtem, nagle, z autobusu wy-
             leciał w ich kierunku jakiś przedmiot. Wiatr zdmuchnął letni kapelusz z gru-
             bego warkocza okalającego głowę Marysi i rzucił go w sam środek zgrai lwów.
   181   182   183   184   185   186   187   188   189   190   191