Page 181 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 181

180                           OCALALI



            – Stoimy w obliczu prawdy, w kraju prawdy.
            – Ale w tym kraju jesteśmy tylko turystami. Jak sama pani powiedziała: czło-
         wiek jest kłamcą. Pani jest kłamczynią. Notoryczną, patologiczną kłamczynią.
            – Pan również, profesorze. Sam się pan oszukuje. Wypiera się pan prawdy,
         która jest w panu.
            – Co to za prawda, której się wypieram? – Nie rozumiał dlaczego, pomimo
         swoich gorzkich słów, nie ma dla niej w sercu ani odrobiny złości. Wręcz prze-
         ciwnie, zupełnie przeciwnie. Pokora i współczucie sięgające prawdziwie do łez
         przejęły go.
            Wyszło prosto, naturalne – poczuł jej ramiona wokół szyi. Spontanicznie,
         bezwolnie objął ją i poczuł wilgoć jej włosów między palcami. Wewnątrz, w so-
         bie, dziwił się i cieszył, że może ją tak trzymać. Jej twarz była blisko jego twarzy
         – białe, wschodzące słońce w środku nocy; słońce, z którego biło pieszczotliwie
         swojskie, wytęsknione, kochane ciepło. Zobaczył białe, lśniące zęby pomiędzy
         jej uśmiechniętymi wargami i usłyszał szept:
            – Połóż palec na moim czole. Dotknij blizny. To jest prawda o tobie, tak
         samo jak o mnie. Odniosłam tę ranę wczesną wiosną w roku tysiąc dziewięćset
         czterdziestym trzecim, kiedy moja mama pewnej nocy wyrzuciła mnie z rozpę-
         dzonego, bydlęcego wagonu, z wagonu, który wiózł nas z Warszawy do Treblinki.
         Byłam owinięta w chustę, ale twarz była tylko w połowie chroniona. Upadłam
         na kamień w polu.
            Mama nosorożec z dzieckiem chłeptały wodę z lśniącego stawu. Simon po-
         łożył dłoń na głowie Marysi i pozwolił jej ześliznąć się po wilgotnym jedwabiu
         jej włosów. Głaskał ją, nie dłonią, ale sercem, które nie było już twarde jak pięść,
         ale otwarte, dające.
            – Często mam takie koszmary. Śni mi się, że jestem dzieckiem i samotnie
         błądzę po polu ciemną nocą – wyszeptał, niespodziewanie dla siebie samego. –
         Kim jestem? Gdzie jestem? – słyszę, jak wołam.
            – Błądziłam, tak, błądziłam i błądziłam po polu w ciemności – konty-
         nuowała, jak gdyby chciała pociągnąć dalej wątek jego wypowiedzi. – To
         wszystko, co ja sama pamiętam. Znalazła mnie biedna chłopka, która miesz-
         kała przy torach. Jej męża wzięli do polskiego wojska, nie wrócił. Nazywała
   176   177   178   179   180   181   182   183   184   185   186