Page 180 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 180

W SERENGETI                          179



                Nie wiedział, czy blefuje, czy mówi prawdę. Ledwo potrafił otworzyć usta:
                – Nie odważyłaby się pani… – wymamrotał.
                – Dlaczego nie? Chciałam zdobyć prawo do prowadzenia praktyki.
                – Jeśli to, co pani teraz mówi, jest prawdą, odbiorę to prawo.
                – Po co tak straszyć? – Delikatnie musnęła jego dłoń i pogłaskała ją. – Oboje
             wiemy, że pan tego nie zrobi. Po pierwsze dlatego, że skompromitowałoby to
             pana bardziej niż mnie. Taki autorytet jak pan, z pańskim doświadczeniem
             psychoanalitycznym, nie przejrzałby mnie? Po drugie, nie da pan rady zrobić mi
             krzywdy, przez wzgląd na solidarność. Gdzieś w głębi siebie dobrze pan wiedział,
             że w moich żyłach płynie żydowska krew, choć wmówił pan sobie, że pan o tym
             nie wie. Tak samo jak wmawia pan sobie i zamyka oczy na wiele innych rzeczy
             w sobie samym. Czuję, że jest jeszcze jakieś „po trzecie”… – Przysunęła się bliżej
             do niego.
                – Ale łzy… spazmy… histeryczne wybuchy dzikiego gniewu… – zdumiał się –
             długie godziny, w trakcie których leżała pani na sofie w moim gabinecie i uparcie
             milczała – czy to też było udawane?
                – Łzy, spazmy i płacz przychodziły mi bez trudu. Milczenie było najłatwiej-
             sze. To tylko dowodzi, profesorze, że nasza profesja wisi na włosku, między
             kłamstwem a złudą.
                – A historia o tym, że upadła pani na kamień jako dwuletnie dziecko…
                – To prawda.
                – Brawo! – wymruczał z goryczą i odsunął się od niej, pozwalając, by pled
             zsunął się mu z ramienia.
                Poczuł jej dłoń pod swoją ręką:
                – Niech pan nie rezygnuje ze mnie, niech pan nie rezygnuje z siebie, profe-
             sorze. Upadłam na kamień jako dwuletnie dziecko. To jest prawda. Ale jak to się
             stało, przemilczałam. Gdybym to panu powiedziała, musiałabym zdradzić się ze
             swoją żydowskością. A mówiąc o mojej żydowskości, musiałabym poruszyć ranę,
             która we mnie tkwiła. A na to nie byłam jeszcze gotowa.
                – I teraz jest pani gotowa?
                – Zdaje się, że tak.
                – Skąd mam wiedzieć, że teraz mówi pani prawdę?
   175   176   177   178   179   180   181   182   183   184   185