Page 170 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 170
W SERENGETI 169
ganiały po drzewach tu i tam, jak gdyby lampart, ich największy wróg, nie drze-
mał gdzieś na gałęzi innego drzewa, spokojnie wyczekując zachodu słońca, by
wziąć się do pracy.
– Jak cicho i przyjemnie… jak gdyby nigdy nic. – Simon Braun usłyszał
mamrotanie Marysi.
Pan Mashada potrząsnął głową, jakby chciał przyznać jej rację:
– To jest rytm, muzyka Serengeti. Śmierć i życie, życie i śmierć, strach i głód,
głód i strach. Piąć się i upadać, a pomiędzy – zapominać się. Zapominanie
pomaga żyć dalej i jest dla życia największym zagrożeniem. – Tu pan Mashada
dojrzał coś na zewnątrz i popadł w zachwyt. – Doprawdy, przyjaciele, Serengeti
gości was z królewską hojnością. Zobaczyć tyle lwów na jednym wyjeździe
to rzadkość!
Zgraja lwów kłębiła się w cieniu drzewa akacjowego, zajęta jedzeniem. Między
ich łapami leżała wypatroszona zebra z wywleczonymi na wierzch krwawymi
trzewiami. Twarze i łapy lwów były wysmarowane krwią. Żując, oblizywały ją
językami. Na plecach lwic i lwów przysiadły, niczym koty, małe lwiątka, próbując
dopchać się do miski. Łasząc się, ocierały swoje ciała o futro dorosłych. Matki
odtrącały je liźnięciami surowych, krwiście czerwonych języków bądź delikatnymi
pacnięciami łapą, jak gdyby chciały zganić je za złe maniery.
– Być może obowiązuje tu zasada, że dla dobra dziecka matka musi się najeść
pierwsza. Młode muszą mieć silnych rodziców – cicho skomentowała Mildred,
bez ustanku pracując aparatem.
Pewien młody pasażer uśmiechnął się bystro:
– Gdyby żydowska matka zobaczyła taką scenę, wściekłaby się.
– Prawda – potwierdziła Marysia i jakby w zamyśleniu potrząsnęła głową.
Simon Braun odwrócił się do niej. Zmierzył ją wzrokiem:
– Zna pani jakieś żydowskie matki, doktor Wiśniewska? – zwracał się do niej
oficjalnie, po nazwisku, choć wszystkim mniej ważnym kolegom mówił po imieniu.
– Dwie z moich mam były Żydówkami – odparła, pozornie niedbale.
– Hę? To ile miała pani mam?
– Trzy.
Drwiła sobie z niego. Wymruczał cicho:

