Page 169 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 169
168 OCALALI
– Nie ruszać się! – zarządził pan Mashada. – Nie ruszać się z miejsc. Tak długo,
jak pozostaniemy w aucie, nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Lwy wiedzą,
że możemy im zrobić krzywdę, a do tego nie mogą znieść zapachu benzyny. Poza
tym, nie uważają nas za szczególnie smaczny kąsek. Mimo to, nigdy nie wiadomo.
Głodny lew z niczym się nie liczy.
Lwica, którą natura wyznaczyła do roli prowadzącej mord, i jej dwaj długo-
grzywi, samczy asystenci biegli tak szybko, że w tumanie kurzu, który podnieśli,
zdawali się szybować w powietrzu. Uciekające stada migotały w oddali, drżały
i wibrowały, jak gdyby odbijały się w wodzie przerażającej fatamorgany. Wtem
lwica wylądowała na plecach antylopy, rozciągając swoje pełne gracji, elastyczne
ciało, z łapami wyrzuconymi naprzód. Wszystkie żywe stworzenia dookoła znik-
nęły z dzikim przestrachem za krawędzią horyzontu i zdawało się, że pociągnęły
ziemię za sobą. Pozostała tylko ta czwórka, w nierównej walce. Głowa i otwarty
pysk lwicy dosięgły karku ofiary. Kręcone, menorowe rogi antylopy zamachały
w czystym powietrzu. Po chwili przestały się ruszać.
– Koniec – wyszeptała jedna z kobiet w autobusie.
– Ciężko powiedzieć – odparł szeptem pan Mashada – część zwierząt jest
w takiej chwili sparaliżowana. Pewien rodzaj instynktu podpowiada im, żeby
udawać martwe. To ich ostatnia próba ratunku. Często napastnik wypuszcza je
wtedy z pyska i pojawia się niewielka możliwość ucieczki. Najczęściej jednak ten
hipnotyczny stan pozwala ofierze nie czuć zabójczego ugryzienia.
Dwa lwy, trzęsąc grzywami, wyrwały już i patroszyły kawałki świeżego, trzęsą-
cego się antylopiego mięsa. Wkrótce wszystkie trzy bezszelestnie ruszyły poprzez
trawę z wielkimi kawałami mięsa w pyskach. Śmieciarze równin – stado hien
o uszach zaokrąglonych jak pętelki kokard – przyszli zobaczyć, czy zostały jakieś
kości do wylizania. Chytrzy i tchórzliwi, w wiecznym strachu przed lwami, które
wyjątkowo ich nienawidziły i prześladowały, wypełnili powietrze swoim płaczli-
wym śmiechem. Nisko nad ich głowami powiewały rozpostarte skrzydła sępów.
Stada ponownie rozproszyły się po równinie, by ze spokojem skubać trawę.
Przejeżdżali obok grup złożonych z setek zebr, którym paski obwijały nogi jak
czarne bandaże. Miłe i przyjazne jak konie, drżały z głodnej niecierpliwości
i rżeniem powodowały wielkie zamieszanie. Małpy o czerwonych pośladkach

